Takie rozkminki mnie dziś naszły podczas pichcenia obiadku, że aż śmiać mi się chce jak teraz na to patrze :)...zaplanowałam sobie co napiszę, ale znając realia- w głowie wszystko pięknie cudnie ale, żeby przelać to na bloga to już nie takie łatwe jakby nam się mogło wydawać ;).
Każdy z Nas ma jakieś tam swoje wyobrażenia rzeczywistości, Naszej egzystencji. Jedni wierzą w Boga...inni zaś nie. Jedni wierzą w reinkarnacje inni zaś pukają się w głowę i twierdzą, że to głupota. Ja wierzę w to, że Nasze życie jest od samego początku do samego końca zaplanowane- potocznie zjawisko to zwane jest przez wielu przeznaczeniem. Wierzę w to, że po śmierci wcielamy się ponownie i jako własna dusza zanim jeszcze narodzimy się na nowo znamy już swój życiowy scenariusz. Wierzę też w to, że w swoim życiu spotykamy osoby (a raczej dusze) z poprzednich żyć stąd czasami przeczucie Ja Cię kurdę skądś znam...jednak na ten temat można by dyskutować w nieskończoność. Zapewne wielu z Was może stwierdzi, że w tym momencie zwierza Wam się jakaś wariatka, inni chętnie pociągną ten temat....ale nie o tym chciałam rozprawiać.
Wróćmy więc do tematu przeznaczenia. Albo nie! O tym za chwilkę.
Po urodzeniu Aurelia nie myślałam o drugim dziecku. Wręcz obiecałam sobie że do drugiej wpadki nie dopuszczę! Okrągły rok zajęło mi walczenie z urazem po pierwszym porodzie. Po roku było już lepiej ale wciąż nie czułam się gotowa by znowu przechodzić przez poród. Tak potem czas mijał, rok za rokiem aż zaczęły się zbliżać 3-cie urodziny Aurelki. Wtedy pomyślałam sobie, że chciałabym drugiego dzidziusia, chciałabym znów móc przytulić taką kruszynkę, patrzeć jak zaczyna gugać i jak stawia pierwsze kroczki. Nie chciałam też aby Aurelka była sama- zawsze w końcu marzyłam o trójeczce :). Niestety moja połówka nie była tak optymistycznie nastawiona jak ja. On wręcz uważał, że mam mu kompletnie nic na ten temat nie gadać bo z jego strony jest definitywne NIE! Egoistyczne z jego strony? Niekoniecznie bo on patrzył (jako głowa rodziny) z punktu finansowego. Ja natomiast wiedziałam, że sobie poradzimy ale nie naciskałam i rozmowę przełożyłam na następny raz. Tak kilkakrotnie wracałam do tematu, proponowałam, dawał mu do zrozumienia, że bardzo chce a on za każdym razem krótko i stanowczo ucinał rozmowę.
W tamtym okresie gdy okres zaczął mi się spóźniać jakoś chęć posiadania bobaska została odepchnięta na dalszy plan: w pracy sajgon, zbliżały się Aurelii urodziny i planowana z tego powodu impreza też mi głowę zaprzątała, do tego ja i połówka jak zwykle byliśmy w trakcie przerabiania ciężkich relacji. Wychodząc z pracy i przechodząc koło apteki pomyślałam o teście ciążowym. Nie wiedzieć skąd ta myśl zakiełkowała mi w głowie- przecież okres spóźniał mi się nie pierwszy i nie ostatni raz a to były dopiero 4 dni!
Niewiele się zastanawiając weszłam, kupiłam co chciałam i wyszłam. Oczywiście Pan Połówka widząc mnie z testem stwierdził surowo "Po co Ci to?! Przecież nie jesteś w ciąży!" i właściwie i ja z takim przekonaniem zdecydowałam się zrobić test jeszcze tego samego dnia. Byłam wręcz pewna, że test będzie negatywny chodź gdzieś w głębi liczyłam, że jednak będzie odwrotnie. Nie pytajcie mnie jaka była moja reakcja gdy ledwo go zrobiłam a już zaczęły się pokazywać dwie wyraźne kreski :). Sama Wam powiem- popłakałam się ze śmiechu! Dosłownie micha cieszyła mi się od ucha do ucha a z oczu leciały grochy!
Pan Połówka zaś się załamał:
Przyniosłam mu test i położyłam przed nosem
-Co to oznacza?
-Że wynik jest pozytywny.
-Czyli, że nie jesteś?
-Nie no, że jestem!
-Ty chyba ku... żartujesz!!
Więcej epitetów nie przytoczę ale on był wściekły dosłownie! Powiedział wtedy nawet parę słów za dużo których z pewnością teraz żałuje, ale ja wiedziałam, że to wszystko było pod wpływem emocji. Długo jeszcze nie mógł się z tym faktem pogodzić. Praktycznie do czasu kiedy mój brzuszek zaczął solidnie rosnąć i do czasu kiedy ciąża zaczęła być widoczna. Dopiero wtedy zaczął głaskać brzuchola i zasypiać z ręką na nim. W tamtym jednak okresie coś się zmieniło o czym pisałam tutaj.
Teraz kiedy tak patrzę jaki z niego ojciec...jak bardzo on kocha swoje dzieci to aż serce mi się rozpływa. Wiem, że on nie żałuje...że nie chciałby by było inaczej. Jak wspomniałam na początku postu przeznaczenie to jego zasługa. Gdyby nie to przeznaczenie pewnie nie mielibyśmy drugiego dzieciątka aż do dzisiaj. Tak miało być, ta jedna sytuacja w której zaciążyłam...chodź się pilnowaliśmy do jednak była ryzykowna sytuacja w której poczęliśmy Naszego synka.
Gdy jednak przyglądam się sytuacji z perspektywy czasu...gdy opowiadam o tym bardzo ogólnie: Ja chciałam, ale on nie chciał....życie jednak potoczyło się tak, że wpadliśmy. Bez uczuć i emocji które mi towarzyszyły, bez szczegółów to wygląda trochę tak jakbym ja go wrobiła w drugie dziecko. Ale tak nie było...bo to nie jest sytuacja jak np. z cyklu: zapomniałam wziąć jednej czy dwóch tabletek i zaciążyłam. Bo gdy parę lat się bierze tabletki a akurat w tym okresie nagle zapomina to można by uznać działanie za celowe (przykład). Ja jednak w tamtym czasie nawet nie pomyślałam by wrobić go w dzidziusia wbrew jemu. Ja chciałam by było to Naszą wspólną decyzją...trwało to też zbyt krótko by być zdesperowaną by posunąć się do podstępów.
Czasem jednak zastanawiam się, czy ktoś kiedykolwiek mi zarzuci, że go wrobiła? Mam nadzieję, że nie bo nie lubię niesprawiedliwego oceniania :).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kącik mamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kącik mamy. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 czerwca 2015
niedziela, 19 kwietnia 2015
Ciocia dobra rada
Pomysł na post kotłował mi się w głowie już od kilku dni. Niestety z czasem nieco gorzej a jak już czas wygospodarowałam to sił, weny i ochoty było brak.
Od kilku tygodni w nocy walczę z Igorem....uparł się że chce z nami spać. Z tym, że u nas znowu mu za ciasno więc średnio co pół godziny się budził by głośno wyrazić swoje niezadowolenie po czym usypiał ponownie...ale żeby go przełożyć jak uśnie do jego łóżka to nieeeee.....zaraz się budził i głośno protestował. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądałam- jak zombi...tym bardziej, że jedna noc nie przespana, druga, czwarta, tydzień..... No i wypadało w końcu wziąć sprawę we własne ręce bo tak dłużej być nie może! Od 4 dni walczę z jego nocnymi kaprysami i tfu, tfu, odpukać w niemalowane na razie efekty są w miarę zadowalające.
Jednak nie odbiegając od tematu czas pisać com chciałam napisać.
Myślę, że niema osoby która w swojej długiej, krótkiej czy też przyszłej karierze rodzica nie słyszał cudownych, mądrych i pouczających rad.
Mylę się?
Nie wydaje mi się :)
Zawsze znajdzie się ktoś kto ma dużo do powiedzenia i upiera się przy swoich racjach. Ktoś kto Cię poucza i mówi co robisz źle. Nie powiem...czasami rady potrafią faktycznie być pomocne. Ale co w momencie gdy są to rady z ery kamienia łupanego? Bo przecież "za moich czasów"...No właśnie! Za Twoich czasów było inaczej, a czasy się zmieniły i wiele rzeczy się zmieniło. Znajome?
Mój przykład numer jeden:
Babcia- co ja się nasłuchałam...co jej natłumaczyłam. Do niektórych rzeczy udało mi się ją przekonać, do kilku innych się nie dała. Jej zdaniem pomimo karmienia piersią dziecko pić powinno dostawać od urodzenia bo się odwodni, a dietę mieć rozszerzane od 3 miesięcy bo za jej czasów tak się robiło. Tłumaczenie, że od tamtego momentu minęło ponad 40 lat, że czasy się zmieniły, że medycyna, teorie i praktyki się zmieniły nic....kompletnie nic jej nie przekonywało, a jej ulubionym tekstem było "no ja nie wiem czy tak jest dobrze"...Nawet argumenty, że tak mówią lekarze, tak piszą w poradnikach....nic jej nie przekonało. Jedyne co udało mi się W KOŃCU jej wpoić to to, że mleko mamy nawet przy ponad rocznym karmieniu piersią dalej ma wartości odżywcze bo w jej pierwotnej teorii było, że to sama woda. No ale przetłumacz coś człowiekowi starej daty? :)
Przykład numer dwa:
Obce przypadkowo napotkane osoby:
O właśnie wspomnienie tej historii nakłoniło mnie do napisania postu. Aurelka miałą wtedy z 2/2,5 roku. Postanowiłam z nią pojechać w odwiedziny do wyżej wymienionej babci. Z racji tego, że Aurelia była na etapie, że wózek jest beeee to miałam wyjście albo biegać za dzieckiem z wózkiem co bardzo ograniczało albo biegać za dzieckiem bez wózka co daje dużą swobodę. Uznając, że dużo chodzenia nas nie czeka i nie raz już jechałam gdzieś bez wózka wybrałam właśnie tą opcję. Ja miałam przystanek autobusowy pod nosem, u babci przystanek też pod nosem. Fakt w miedzy czasie jedna przesiadka ale to kwestia przejścia na drugą stronę ulicy. Wszystko było ok do czasu aż wysiadłyśmy z pierwszego autobusu i w drodze na drugą stronę ulicy Aurelia stwierdziła że jest straaaaaaasznie zmęczona i koniecznie chce opka. Pamiętam, że wtedy bolały mnie strasznie plecy, miałam też za sobą nockę w pracy. Dobrze przyznam szczerze mój błąd, że podjęłam się ryzyka pojechania bez wózka ale serio wcale nie uśmiechało mi się biegać za dzieckiem z balastem. Doszłyśmy do przystanku i tłumaczę młodej, że może sobie usiąść na ławeczkę jak jest zmęczona (dwie Panie specjalnie nawet zrobiły jej miejsce), że mamusie strasznie bolą plecki, że nie da rady jej dźwigać tym bardziej że jest możliwość, że może siedzieć. Niestety Aurelia coś się uparła i zawzięła, że ona koniecznie chce te opka. Nawet opcja, że usiądę razem z nią a ona na kolankach ją nie przekonała. W końcu pytam ją dlaczego się tak uparła, czy chce się przytulić? Potwierdziła więc chciałam kucnąć i ją przytulić ale ją ta wersja nie satysfakcjonowała- tylko opka! Gdzieś w połowie mojej dyskusji z córką te owe dwie Panie oblegające ławeczkę plus trzecia która w między czasie doszła (wszystkie w wieku 50+) zaczęły głośno komentować całą scenę z moim dzieckiem a Aurelia słysząc te wszystkie komentarze nakręcała się jeszcze bardziej "boże te dzisiejsze matki", "no już by mogła ją wziąć to dziecko na ręce", "za moich czasów to się spełniało dziecięce zachcianki"....no tak w ich mniemaniu powinnam właśnie to robić- spełniać wszelkie kaprysy mojego dziecka....nosz kurrr....czaczki. Zacisnęłam zęby i powieki i powtarzałam sobie w duchu nie reaguj, tylko nie reaguj...i w przeciwieństwie do mnie która usiłowałam komentarze puścić mimo uszu moje dziecko wszystko świetnie rozumiało i w efekcie gdy wsiadłyśmy do autobusu była na mnie obrażona na maksa. Nie chciała wgl mnie słuchać, nie chciała siedzieć ani samej ani na moich kolanach, już nie chciała opka, nie chciała trzymać za rękę, nie chciała się trzymać słupka....nic nie chciała. Niestety w trosce o jej bezpieczeństwo musiałam trzymać ją na siłę w efekcie czego towarzyszył temu głośny płacz protestu. I do komentujących 3 kobiet dołączyły kolejne (taki pech, że to była godzina gdy 100% pasażerów autobusu to emerytki) i ich nie obchodziło, że moje dziecko unosi się kaprysami i właśnie samo świadomie chce narazić się na niebezpieczeństwo (bo niech taki autobus nagle zahamuje?). Rzucały cudownymi, mądrymi i pouczającymi radami w stylu "niech Pani usiądzie i weźmie ją na kolana" (no jakbym właśnie nie usiłowała tego zrobić) "niech Panie weźmie ją na ręce" ( i to próbowałam zrobić nie zważając na moje obolałe plecy, niestety z marnym skutkiem bo Aurelka zdążyła być już podjudzona do granic możliwości)...gdy to nie przynosiło efektów zaczęły lecieć komentarze, że jaka to ja zła matka. Na szczęście to były tylko 3 przystanki i gdy dojechaliśmy do docelowego wysiadłam z ulgą ciesząc się, że ten koszmar już za mną. Okazało się jednak, że nie, bo jedna z kobiet czując nienasycenie specjalnie jeszcze za mną wybiegła z autobusu by na odchodnym powiedzieć, iż mam nie doprowadzać dziecka do płaczu bo będzie miało potem problemy psychiczne. Wtedy emocje wzięły górę, odwróciłam się i odpowiedziałam co myślę i że to moje dziecko i moja sprawa jak będę je wychowywać.
Taką sytuację miałam tylko jeden jedyny raz w życiu. Po całej akcji wciąż zdarzało mi się podróżować bez wózka i bardzo szybko zrezygnowałyśmy z niego całkowicie, a Aurelia nigdy więcej nie zrobiła mi takiej histerii. Niestety ludzi wiedzących lepiej jak masz wychować swoje dziecko jest na świecie mnóstwo.
Przykład numer trzy:
No i tu odnosząc się do tego co napisałam wyżej (że ludzi wiedzących lepiej jest dużo) serwuję kolejny przykład. Tym razem jednak nie dotyczy mnie a sytuacji której byłam świadkiem. Poszłam z moją drugą babcią na zakupy. W sklepie zresztą który należy do największej sieci sklepów dyskontowych znów była godzina gdy największą aktywność wykazują emeryci. W tym jednak tłumie było też kilka małżeństw z dziećmi. Jedno z nich miało tak na oko 2-latniego chłopca w wózku sklepowym który na wszystko mówił "ja to chce!" gdy jednak spotykał się z odmową ze strony rodziców reagował buntem w postaci płaczu. Rodzice nie próbowali w ogóle na takie zachowanie reagować, żeby pokazać synkowi, że płaczem niczego od nich nie wymusi. Niestety gdy czekali oni już w kolejce do kasy jeden starszy Pan zaczął zwracać im uwagę (a konkretnie tatusiowi który prowadził wózek) nie może Pan uciszyć tego dziecka?, albo widać, że nie umie Pan wychować skoro tak płacze, to jest brak wychowania....no luuuudziieee.....i oczywiście słynne bo za moich czasów takich sytuacji nie było. Ręce czasami opadają....
Więc czy i wy spotkaliście się z sytuacjami w których ktoś pełni funkcję "Ciocia dobra rada?". Udało Wam się tego kogoś poskromić czy jednak wciąż zmagacie się z radami które wcale Wam się nie podobają?
Oczywiście mówimy tu o tych pseudo radach i pouczeniach a nie tych pomocnych.
Od kilku tygodni w nocy walczę z Igorem....uparł się że chce z nami spać. Z tym, że u nas znowu mu za ciasno więc średnio co pół godziny się budził by głośno wyrazić swoje niezadowolenie po czym usypiał ponownie...ale żeby go przełożyć jak uśnie do jego łóżka to nieeeee.....zaraz się budził i głośno protestował. Możecie sobie wyobrazić jak wyglądałam- jak zombi...tym bardziej, że jedna noc nie przespana, druga, czwarta, tydzień..... No i wypadało w końcu wziąć sprawę we własne ręce bo tak dłużej być nie może! Od 4 dni walczę z jego nocnymi kaprysami i tfu, tfu, odpukać w niemalowane na razie efekty są w miarę zadowalające.
Jednak nie odbiegając od tematu czas pisać com chciałam napisać.
Myślę, że niema osoby która w swojej długiej, krótkiej czy też przyszłej karierze rodzica nie słyszał cudownych, mądrych i pouczających rad.
Mylę się?
Nie wydaje mi się :)
Zawsze znajdzie się ktoś kto ma dużo do powiedzenia i upiera się przy swoich racjach. Ktoś kto Cię poucza i mówi co robisz źle. Nie powiem...czasami rady potrafią faktycznie być pomocne. Ale co w momencie gdy są to rady z ery kamienia łupanego? Bo przecież "za moich czasów"...No właśnie! Za Twoich czasów było inaczej, a czasy się zmieniły i wiele rzeczy się zmieniło. Znajome?
Mój przykład numer jeden:
Babcia- co ja się nasłuchałam...co jej natłumaczyłam. Do niektórych rzeczy udało mi się ją przekonać, do kilku innych się nie dała. Jej zdaniem pomimo karmienia piersią dziecko pić powinno dostawać od urodzenia bo się odwodni, a dietę mieć rozszerzane od 3 miesięcy bo za jej czasów tak się robiło. Tłumaczenie, że od tamtego momentu minęło ponad 40 lat, że czasy się zmieniły, że medycyna, teorie i praktyki się zmieniły nic....kompletnie nic jej nie przekonywało, a jej ulubionym tekstem było "no ja nie wiem czy tak jest dobrze"...Nawet argumenty, że tak mówią lekarze, tak piszą w poradnikach....nic jej nie przekonało. Jedyne co udało mi się W KOŃCU jej wpoić to to, że mleko mamy nawet przy ponad rocznym karmieniu piersią dalej ma wartości odżywcze bo w jej pierwotnej teorii było, że to sama woda. No ale przetłumacz coś człowiekowi starej daty? :)
Przykład numer dwa:
Obce przypadkowo napotkane osoby:
O właśnie wspomnienie tej historii nakłoniło mnie do napisania postu. Aurelka miałą wtedy z 2/2,5 roku. Postanowiłam z nią pojechać w odwiedziny do wyżej wymienionej babci. Z racji tego, że Aurelia była na etapie, że wózek jest beeee to miałam wyjście albo biegać za dzieckiem z wózkiem co bardzo ograniczało albo biegać za dzieckiem bez wózka co daje dużą swobodę. Uznając, że dużo chodzenia nas nie czeka i nie raz już jechałam gdzieś bez wózka wybrałam właśnie tą opcję. Ja miałam przystanek autobusowy pod nosem, u babci przystanek też pod nosem. Fakt w miedzy czasie jedna przesiadka ale to kwestia przejścia na drugą stronę ulicy. Wszystko było ok do czasu aż wysiadłyśmy z pierwszego autobusu i w drodze na drugą stronę ulicy Aurelia stwierdziła że jest straaaaaaasznie zmęczona i koniecznie chce opka. Pamiętam, że wtedy bolały mnie strasznie plecy, miałam też za sobą nockę w pracy. Dobrze przyznam szczerze mój błąd, że podjęłam się ryzyka pojechania bez wózka ale serio wcale nie uśmiechało mi się biegać za dzieckiem z balastem. Doszłyśmy do przystanku i tłumaczę młodej, że może sobie usiąść na ławeczkę jak jest zmęczona (dwie Panie specjalnie nawet zrobiły jej miejsce), że mamusie strasznie bolą plecki, że nie da rady jej dźwigać tym bardziej że jest możliwość, że może siedzieć. Niestety Aurelia coś się uparła i zawzięła, że ona koniecznie chce te opka. Nawet opcja, że usiądę razem z nią a ona na kolankach ją nie przekonała. W końcu pytam ją dlaczego się tak uparła, czy chce się przytulić? Potwierdziła więc chciałam kucnąć i ją przytulić ale ją ta wersja nie satysfakcjonowała- tylko opka! Gdzieś w połowie mojej dyskusji z córką te owe dwie Panie oblegające ławeczkę plus trzecia która w między czasie doszła (wszystkie w wieku 50+) zaczęły głośno komentować całą scenę z moim dzieckiem a Aurelia słysząc te wszystkie komentarze nakręcała się jeszcze bardziej "boże te dzisiejsze matki", "no już by mogła ją wziąć to dziecko na ręce", "za moich czasów to się spełniało dziecięce zachcianki"....no tak w ich mniemaniu powinnam właśnie to robić- spełniać wszelkie kaprysy mojego dziecka....nosz kurrr....czaczki. Zacisnęłam zęby i powieki i powtarzałam sobie w duchu nie reaguj, tylko nie reaguj...i w przeciwieństwie do mnie która usiłowałam komentarze puścić mimo uszu moje dziecko wszystko świetnie rozumiało i w efekcie gdy wsiadłyśmy do autobusu była na mnie obrażona na maksa. Nie chciała wgl mnie słuchać, nie chciała siedzieć ani samej ani na moich kolanach, już nie chciała opka, nie chciała trzymać za rękę, nie chciała się trzymać słupka....nic nie chciała. Niestety w trosce o jej bezpieczeństwo musiałam trzymać ją na siłę w efekcie czego towarzyszył temu głośny płacz protestu. I do komentujących 3 kobiet dołączyły kolejne (taki pech, że to była godzina gdy 100% pasażerów autobusu to emerytki) i ich nie obchodziło, że moje dziecko unosi się kaprysami i właśnie samo świadomie chce narazić się na niebezpieczeństwo (bo niech taki autobus nagle zahamuje?). Rzucały cudownymi, mądrymi i pouczającymi radami w stylu "niech Pani usiądzie i weźmie ją na kolana" (no jakbym właśnie nie usiłowała tego zrobić) "niech Panie weźmie ją na ręce" ( i to próbowałam zrobić nie zważając na moje obolałe plecy, niestety z marnym skutkiem bo Aurelka zdążyła być już podjudzona do granic możliwości)...gdy to nie przynosiło efektów zaczęły lecieć komentarze, że jaka to ja zła matka. Na szczęście to były tylko 3 przystanki i gdy dojechaliśmy do docelowego wysiadłam z ulgą ciesząc się, że ten koszmar już za mną. Okazało się jednak, że nie, bo jedna z kobiet czując nienasycenie specjalnie jeszcze za mną wybiegła z autobusu by na odchodnym powiedzieć, iż mam nie doprowadzać dziecka do płaczu bo będzie miało potem problemy psychiczne. Wtedy emocje wzięły górę, odwróciłam się i odpowiedziałam co myślę i że to moje dziecko i moja sprawa jak będę je wychowywać.
Taką sytuację miałam tylko jeden jedyny raz w życiu. Po całej akcji wciąż zdarzało mi się podróżować bez wózka i bardzo szybko zrezygnowałyśmy z niego całkowicie, a Aurelia nigdy więcej nie zrobiła mi takiej histerii. Niestety ludzi wiedzących lepiej jak masz wychować swoje dziecko jest na świecie mnóstwo.
Przykład numer trzy:
No i tu odnosząc się do tego co napisałam wyżej (że ludzi wiedzących lepiej jest dużo) serwuję kolejny przykład. Tym razem jednak nie dotyczy mnie a sytuacji której byłam świadkiem. Poszłam z moją drugą babcią na zakupy. W sklepie zresztą który należy do największej sieci sklepów dyskontowych znów była godzina gdy największą aktywność wykazują emeryci. W tym jednak tłumie było też kilka małżeństw z dziećmi. Jedno z nich miało tak na oko 2-latniego chłopca w wózku sklepowym który na wszystko mówił "ja to chce!" gdy jednak spotykał się z odmową ze strony rodziców reagował buntem w postaci płaczu. Rodzice nie próbowali w ogóle na takie zachowanie reagować, żeby pokazać synkowi, że płaczem niczego od nich nie wymusi. Niestety gdy czekali oni już w kolejce do kasy jeden starszy Pan zaczął zwracać im uwagę (a konkretnie tatusiowi który prowadził wózek) nie może Pan uciszyć tego dziecka?, albo widać, że nie umie Pan wychować skoro tak płacze, to jest brak wychowania....no luuuudziieee.....i oczywiście słynne bo za moich czasów takich sytuacji nie było. Ręce czasami opadają....
Więc czy i wy spotkaliście się z sytuacjami w których ktoś pełni funkcję "Ciocia dobra rada?". Udało Wam się tego kogoś poskromić czy jednak wciąż zmagacie się z radami które wcale Wam się nie podobają?
Oczywiście mówimy tu o tych pseudo radach i pouczeniach a nie tych pomocnych.
piątek, 27 marca 2015
Moda na idealne ciało
Jestem mamą z prawie 5 letnim stażem. Nie będę przeczyć, że moje macierzyństwo nie zmieniło mojego życia ale i też mnie samą. Tak! Jestem inna.....inna na wielu płaszczyznach. Inna psychicznie i fizycznie. Wydaje mi się, że pod wieloma względami jestem nawet lepsza niż kiedyś. Ale i są rzeczy które zdecydowanie bym zmieniła/ poprawiła. Trzeba być przecież wobec siebie krytycznym ;).
Myślę, że to wszystko może też powiedzieć o sobie prawie każda mama. Może się mylę, może nie...ale wśród wielu mam które znam niema takiej która stwierdziłaby "to, że zostałam mamą nic nie zmieniło w moim życiu"
Nie będę jednak rozpisywać się teraz punkt po punkcie co w moim życiu zmieniło moje macierzyństwo. Nie teraz, nie tym razem, nie w tym poście. Chcę natomiast skupić się na tym jak macierzyństwo zmieniło mnie fizycznie. Zapewne większość domyśla się już do czego zmierzam. Zresztą nie ciężko się domyśleć- wystarczy przeczytać tytuł postu. Tak, tak.....będziemy rozmawiać o zmianach fizycznych.
Kiedy będąc w pierwszej ciąży w 4 miesiącu na moim brzuchu (pomimo stosowania kremu) pojawiło się pierwsze pęknięcie pomyślałam, że chyba gorzej być nie może. Niestety było. Idąc do porodu wyglądałam już jak zebra. Moje uda, brzuch, boki i plecy pokrywały brzydkie czerwone blizny. Pomyślałam wtedy, że natura bardziej okrutna wobec mnie być nie mogła i że akurat mnie z tak niewielu kobiet obdarowała tendencją do rozstępów. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, że te które doświadczają popękanej skóry jest niewiele, bo przecież wszędzie widać piękne, nieskazitelne brzuszki. Czułam się wręcz jak trędowata. Wstyd było mi iść na basen i wyskoczyć w bikini, wstyd mi było pójść na plaże czy nad jezioro. Wszelkie kuse ubrania wywoływały u mnie skrępowanie, wizyta u lekarza i konieczność zdjęcia koszulki również. Nawet paradowanie nago przy moim wybranku przez krótki okres wydawało mi się niestosowne z tak oszpeconym ciałem. Stopniowo jednak zaczęłam przekonywać się, że realia są zupełnie inne. To nie oszpecone ciało jest rzadkością tylko wręcz odwrotnie to ciało które po porodzie jest nieskazitelne, bez rozstępów i obwisłej skóry jest rzadkością. Tu zapewne zaraz pojawią się komentarze w stylu, że matki wyglądają tak czy tak bo się zaniedbują. Owszem, można próbować pozbyć się obwisłej skóry, można dążyć do zminimalizowania ilości rozstępów ale jeżeli ktoś ma tendencję nie jest w stanie w 100% nie dopuścić do ich pojawienia się. Mam koleżankę która widząc mój brzuch oznajmiła mi że ona zrobi wszystko by nie doprowadzić siebie do tego stanu. Zabolało. Może nie robiłam wszystkiego by do tego nie dopuścić ale też nie nie robiłam nic. A koleżanka? Robiła wszystko, smarowała czym się dało, kupowała wszystko co polecali by nie dopuścić do rozstępów i co? I popękała w ostatnich dwóch tygodniach przed porodem.
Kolejną rzeczą która utkwiła mi w pamięci to rozmowa z pewną kobietą (dużo starszą ode mnie) na placu zabaw. Stwierdziła ona że matki w dzisiejszych czasach mocno się zaniedbują i zapuszczają dlatego wyglądają jak wyglądają. Dodam że kobieta była młodą babcią. Trafiła prosto w serce. Wiedziałam że po części ma rację ale czułam się też strasznie bezradna. W tamtym momencie moja waga była znacznie większa niż przed ciążą. Czułam się z tym źle ale też nie do końca byłam w stanie nad tym zapanować. Póki karmiłam córę piersią chudłam, bardzo szybko chudłam. W jednym momencie warzyłam mniej jak przed ciążą. Potem odstawiłam córę od piersi a mój organizm zareagował drastycznie. W ekspresowym tempie przybrałam dużo, bardzo dużo.....i chodź starałam się jeść mniej nie dało się tego procesu zatrzymać. Stojąc w tamtym momencie z kobietą na placu zabaw i patrząc jak się bawi moja prawie roczna córa chciałam krzyczeć, że to wszystko jest niesprawiedliwe. Nie było mnie stać by pójść na siłownie, nie miałam w sobie tyle samozaparcia by zacząć ćwiczyć na własną rękę. Czułam się jako leniwa matka, która cały dzień lata za dzieckiem, spędza z nim każdą chwilę a w zamian dostaje nadwagę.
Teraz jednak moje spostrzeżenie na moje ciało się zmieniło. Nauczyłam się żyć z rozstępami i całkowicie je zaakceptowałam. Nie mam problemu by wyjść w bikini na plaże czy basen. Guzik mnie obchodzi co pomyślą sobie ludzie. To są moje rozstępy, moja pamiątka po pięknym okresie jakim było rozwijanie się maleństwa w moim ciele. To samo waga- jest moją sprawą i jeżeli chcę ja zmienić to tylko dla siebie. Nie dla kogoś. Amen
W ostatnim czasie jednak w sieci dość często trafiam na artykuły i sesje ciał kobiet po ciąży. Co jakiś czas przewija mi się ten temat i na facebooku ale i na całkiem przypadkowych stronach. Uważam, że to piękne....bo pokazuje PRAWDZIWE ciało kobiety a nie wysilikowaną gwiazdeczkę po obróbkach w photoshopie. Rozumiem, że jednak nie każdemu się to podoba.....a już wgl szokują mnie komentarze ludzi wypowiadających się pod takimi zdjęciami w tym właśnie matek (!). I tym tropem dobijamy do sedna mojego dzisiejszego postu- zauważyłam że w dzisiejszych czasach panuje moda na idealne ciało. Jestem tym faktem zgorszona gdyż to właśnie media/prasa/internet wpajają nam jak powinno wyglądać ciało tuszując przy tym realistyczny wygląd kobiety. Przez to potem pojawiają się słowa krytyki i komentarze typu fuj, ble i jakie to obrzydliwe. Kobiety którym ciąża nie odbiła się na wyglądzie zewnętrznym potrafią jeszcze dobić szpileczkę a kobiety które martwią się zmianami jakie nastąpiły w ich ciele popadają później w kompleksy bo ich ciało nie jest takie jakie być powinno. Do czego to wszystko dąży? Do tego że w którymś momencie w ogóle przestaniemy akceptować wygląd naturalny.....będziemy mieli wypaczone spojrzenie na rzeczywistość.
Na rzecz postu odszukałam również sesję Jade Beall link .
A wy co o tym myślicie? Jakie jest Wasze zdanie na temat kobiecego ciała po porodzie a tego co kreują media?
Myślę, że to wszystko może też powiedzieć o sobie prawie każda mama. Może się mylę, może nie...ale wśród wielu mam które znam niema takiej która stwierdziłaby "to, że zostałam mamą nic nie zmieniło w moim życiu"
Nie będę jednak rozpisywać się teraz punkt po punkcie co w moim życiu zmieniło moje macierzyństwo. Nie teraz, nie tym razem, nie w tym poście. Chcę natomiast skupić się na tym jak macierzyństwo zmieniło mnie fizycznie. Zapewne większość domyśla się już do czego zmierzam. Zresztą nie ciężko się domyśleć- wystarczy przeczytać tytuł postu. Tak, tak.....będziemy rozmawiać o zmianach fizycznych.
Kiedy będąc w pierwszej ciąży w 4 miesiącu na moim brzuchu (pomimo stosowania kremu) pojawiło się pierwsze pęknięcie pomyślałam, że chyba gorzej być nie może. Niestety było. Idąc do porodu wyglądałam już jak zebra. Moje uda, brzuch, boki i plecy pokrywały brzydkie czerwone blizny. Pomyślałam wtedy, że natura bardziej okrutna wobec mnie być nie mogła i że akurat mnie z tak niewielu kobiet obdarowała tendencją do rozstępów. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, że te które doświadczają popękanej skóry jest niewiele, bo przecież wszędzie widać piękne, nieskazitelne brzuszki. Czułam się wręcz jak trędowata. Wstyd było mi iść na basen i wyskoczyć w bikini, wstyd mi było pójść na plaże czy nad jezioro. Wszelkie kuse ubrania wywoływały u mnie skrępowanie, wizyta u lekarza i konieczność zdjęcia koszulki również. Nawet paradowanie nago przy moim wybranku przez krótki okres wydawało mi się niestosowne z tak oszpeconym ciałem. Stopniowo jednak zaczęłam przekonywać się, że realia są zupełnie inne. To nie oszpecone ciało jest rzadkością tylko wręcz odwrotnie to ciało które po porodzie jest nieskazitelne, bez rozstępów i obwisłej skóry jest rzadkością. Tu zapewne zaraz pojawią się komentarze w stylu, że matki wyglądają tak czy tak bo się zaniedbują. Owszem, można próbować pozbyć się obwisłej skóry, można dążyć do zminimalizowania ilości rozstępów ale jeżeli ktoś ma tendencję nie jest w stanie w 100% nie dopuścić do ich pojawienia się. Mam koleżankę która widząc mój brzuch oznajmiła mi że ona zrobi wszystko by nie doprowadzić siebie do tego stanu. Zabolało. Może nie robiłam wszystkiego by do tego nie dopuścić ale też nie nie robiłam nic. A koleżanka? Robiła wszystko, smarowała czym się dało, kupowała wszystko co polecali by nie dopuścić do rozstępów i co? I popękała w ostatnich dwóch tygodniach przed porodem.
Kolejną rzeczą która utkwiła mi w pamięci to rozmowa z pewną kobietą (dużo starszą ode mnie) na placu zabaw. Stwierdziła ona że matki w dzisiejszych czasach mocno się zaniedbują i zapuszczają dlatego wyglądają jak wyglądają. Dodam że kobieta była młodą babcią. Trafiła prosto w serce. Wiedziałam że po części ma rację ale czułam się też strasznie bezradna. W tamtym momencie moja waga była znacznie większa niż przed ciążą. Czułam się z tym źle ale też nie do końca byłam w stanie nad tym zapanować. Póki karmiłam córę piersią chudłam, bardzo szybko chudłam. W jednym momencie warzyłam mniej jak przed ciążą. Potem odstawiłam córę od piersi a mój organizm zareagował drastycznie. W ekspresowym tempie przybrałam dużo, bardzo dużo.....i chodź starałam się jeść mniej nie dało się tego procesu zatrzymać. Stojąc w tamtym momencie z kobietą na placu zabaw i patrząc jak się bawi moja prawie roczna córa chciałam krzyczeć, że to wszystko jest niesprawiedliwe. Nie było mnie stać by pójść na siłownie, nie miałam w sobie tyle samozaparcia by zacząć ćwiczyć na własną rękę. Czułam się jako leniwa matka, która cały dzień lata za dzieckiem, spędza z nim każdą chwilę a w zamian dostaje nadwagę.
Teraz jednak moje spostrzeżenie na moje ciało się zmieniło. Nauczyłam się żyć z rozstępami i całkowicie je zaakceptowałam. Nie mam problemu by wyjść w bikini na plaże czy basen. Guzik mnie obchodzi co pomyślą sobie ludzie. To są moje rozstępy, moja pamiątka po pięknym okresie jakim było rozwijanie się maleństwa w moim ciele. To samo waga- jest moją sprawą i jeżeli chcę ja zmienić to tylko dla siebie. Nie dla kogoś. Amen
W ostatnim czasie jednak w sieci dość często trafiam na artykuły i sesje ciał kobiet po ciąży. Co jakiś czas przewija mi się ten temat i na facebooku ale i na całkiem przypadkowych stronach. Uważam, że to piękne....bo pokazuje PRAWDZIWE ciało kobiety a nie wysilikowaną gwiazdeczkę po obróbkach w photoshopie. Rozumiem, że jednak nie każdemu się to podoba.....a już wgl szokują mnie komentarze ludzi wypowiadających się pod takimi zdjęciami w tym właśnie matek (!). I tym tropem dobijamy do sedna mojego dzisiejszego postu- zauważyłam że w dzisiejszych czasach panuje moda na idealne ciało. Jestem tym faktem zgorszona gdyż to właśnie media/prasa/internet wpajają nam jak powinno wyglądać ciało tuszując przy tym realistyczny wygląd kobiety. Przez to potem pojawiają się słowa krytyki i komentarze typu fuj, ble i jakie to obrzydliwe. Kobiety którym ciąża nie odbiła się na wyglądzie zewnętrznym potrafią jeszcze dobić szpileczkę a kobiety które martwią się zmianami jakie nastąpiły w ich ciele popadają później w kompleksy bo ich ciało nie jest takie jakie być powinno. Do czego to wszystko dąży? Do tego że w którymś momencie w ogóle przestaniemy akceptować wygląd naturalny.....będziemy mieli wypaczone spojrzenie na rzeczywistość.
Na rzecz postu odszukałam również sesję Jade Beall link .
A wy co o tym myślicie? Jakie jest Wasze zdanie na temat kobiecego ciała po porodzie a tego co kreują media?
poniedziałek, 23 marca 2015
Rozdanie! Poniekąd pierwsze ;)
No nareszcie udało się usiąść i zorganizować to rozdanie.
Co dla Was mam?
Wygładzający tonik Ecollagen Skin Perfecting Oriflame
Wiosnę lubię/nie lubię za:
Co dla Was mam?
Wygładzający tonik Ecollagen Skin Perfecting Oriflame
To więcej niż tonik - przełomowe połączenie ekstraktu z roślinnych komórek macierzystych i kwasów owocowych odświeża i delikatnie złuszcza skórę, przywracając jej równowagę. Wygładza ją, stymuluje odnowę i wspomaga redukcję zmarszczek. Zwilż tonikiem wacik, rozprowadź na twarzy.
+próbki SYLVECO
Co zrobić by wejść w posiadanie zestawu?
Zasady są proste i podzielone między blogerów a preferujących facebooka. Czyli?
Lubimy na fb lub obserwujemy bloga
Udostępniamy publicznie plakat na fb bądź zamieszczamy baner na swoim blogu (link do plakatu na fb)
Zamieszczamy w zgłoszeniu informację za co lubisz wiosnę (bądź nie)
Zgłoszenia zostawiamy pod tym postem. Zwycięża jedna osoba której wypowiedź spodoba mi się najbardziej.
Wzór zgłoszenia:
Obserwuję/ lubię jako:
Udostępniam plakat jako/ udostępniam baner na: (w przypadku banera proszę o adres do blogu na którym się znajduje)
Wiosnę lubię/nie lubię za:
Miłe też są wszelkie zaproszenia znajomych do zabawy. :)
Regulamin:
1. Organizatorem rozdania jest autorka bloga czyli ja- cerien
2. Sponsorem nagrody jestem ja czyli cerien.
3. Konkurs trwa od 23.03 do 06.04 do północy. Zgłoszenia dodane po tym czasie nie będą brane pod uwagę.
4. Warunkiem koniecznym do udziału w rozdaniu jest polubienie lub obserwowanie bloga, udostępnienie plakatu na na fb bądź baneru na blogu, odpowiedzenie za co lubisz lub nie lubisz wiosny.
5.Do rozdania można zgłosić się tylko raz! Niedopuszczalne jest startowanie z wielu kont!
6. W rozdaniu do wygrania tonic Oriflame i próbki Sylveco.
7.Wybór zwycięzcy należy do mnie autorki bloga i jest ostateczny, niepodważalny.
8. Wyniki pojawią się na blogu do 3 dni po zakończeniu rozdania a zwycięzca zostanie poproszony o
przesłanie danych adresowych niezbędnych do wysyłki nagrody w ciągu
kolejnych 3 dni. W przypadku nie zgłoszenia się w wyznaczonym terminie
wybieram kolejnego zwycięzcę.
9. Rozdanie nie jest konkursem w rozumieniu ustawy o grach hazardowych.
10. Nagrody są wysyłane jedynie na terenie Polski.
Powodzenia! :)
środa, 4 marca 2015
Konkurs z firmą Canpol babies!
No i udało się!
Mam dla Was konkursik!
Co jest do wygrania?
Oczywiście piękna PLUSZOWA KARUZELA "PIRACI" firmy Canpol babies.
Karuzela z nowej kolekcji "Piraci" jest wykonana z najwyższej jakości super miękkiego pluszu. Powstała z bezpiecznych, przeznaczonych do kontaktu z dzieckiem materiałów.
Karuzela jest wyposażona w cztery lekkie, miłe w dotyku odczepiane zabawki, które zawierają piszczałki i grzechotki. (źródło).
_______________________________________________________________
_________________________________________________
Co trzeba zrobić by wejść w posiadanie takiej karuzeli?
Po 1!
Lubimy na facebooku mnie oraz sponsora nagrody firmę Canpol babies.
Po 2!
Udostępniamy plakat konkursowy (link)
Po 3!
W wiadomości prywatnej na facebooku lub na mój meil (ewcia.cerien@gmail.com zatytułowane "konkurs Canpol babies") proszę przesłać odpowiedzi na pytania:
1. Pod jaką inną nazwą firma Canpol babies sprzedaje swoje produkty na rynku?
2. Firma nieustannie rozwija park maszynowy do produkcji artykułów dla dzieci. O jakiej powierzchni została oddana do użytkowania fabryka w 2013 roku?
3. Co oznacza znaczek BPA free na produktach Canpol babies?
4. Jakie nagrody zostały przyznane firmie w 2012 roku?
5. Napisz w KREATYWNY sposób (zdjęcia, wierszyki, komiksy, rysunki, opowiadania i inne) dlaczego to właśnie do Ciebie ma trafić nagroda?
Konkurs trwa od 4 marca do 1 kwietnia.
UWAGA! Pod uwagę będą brane tylko zgłoszenia wysłane w wiadomości prywatnej. Natomiast pod plakatem konkursowym zachęcam serdecznie do zapraszania znajomych do zabawy (nie jest to warunek konieczny!).
Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga czyli ja- cerien
2. Sponsorem nagrody jest firma Canpol babies.
3. Konkurs trwa od 04.03 do 01.04 do północy. Zgłoszenia dodane po tym czasie nie będą brane pod uwagę.
4. Warunkiem koniecznym do udziału w
konkursie jest polubienie FANPAGE bloga oraz sponsora nagrody, udostępnienie plakatu konkursowego i odpowiedzenie na pytania poprzez wysłanie prywatnej wiadomości do organizatora .
5.Do konkursu można zgłosić się tylko raz! Niedopuszczalne jest startowanie z wielu kont!
6. W konkursie do wygrania jest jedna pluszowa karuzela "Piraci"
7.Wybór zwycięzcy należy do mnie autorki bloga i jest ostateczny, niepodważalny.
8. Wyniki pojawią się na blogu do 4.04 a zwycięzca zostanie poproszony o
przesłanie danych adresowych niezbędnych do wysyłki nagrody w ciągu
kolejnych 3 dni. W przypadku nie zgłoszenia się w wyznaczonym terminie
wybieram kolejnego zwycięzcę.
9. Dane adresowe wraz z numerem telefonu dla kuriera zostaną przekazane firmie Canpol babies w celu wysłania nagrody.
10. Konkurs nie jest konkursem w rozumieniu ustawy o grach hazardowych.
11. Nagrody są wysyłane jedynie na terenie Polski.
12. Zgłoszenie się do konkursu jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na udostępnienie zdjęcia lub treści tu na blogu w przypadku wygrania jak i również udostępnienia zwycięskiej pracy firmie Canpol babies.
Życzę powodzenia! :)
poniedziałek, 2 marca 2015
opieka dentystyczna- płać lub spadaj!
O tym, że w dzisiejszych czasach o dobra opiekę medyczną na NFZ ciężko to chyba każdy wie. Dobrego lekarza, pielęgniarkę czy położną to ze świeczką szukać. Dzisiaj natomiast będę pisać nie o porodzie dla odmiany ale o opiece dentystycznej.
Zawsze sie dziwiłam dlaczego ponad połowa moich znajomych korzysta z usług dentystycznych prywatnie. Przecież nie może być aż tak źle. Przecież na coś płacimy te cholerne składki. Przecież połowa tych dentystów ma prywatne gabinety wiec w czym mogą być gorsi robiąc to na NFZ czy prywatnie? Niestety jak sie okazuje dobry dentysta przyjmujący na fundusz to jak igła w stogu siana- marne szanse że go znajdziesz.
O tej brutalnej prawdzie przekonałam sie dopiero w ciąży a całkowicie uświadomiłam w piątek będąc niespodziewanie z córką w prywatnym gabinecie z bolącym ząbkiem. Porozmawiałam sobie z pielęgniarka i dowiedziałam ciekawych rzeczy. A jakich? O tym za chwilę. Najpierw nieco naświetle swój przypadek, sytuację która mnie spotkała.
Miałam swojego dentystę już od czasów gimnazjum. Robiłam u niego wszystkie zęby. Lubiłam go za dobrze wykonaną robotę i podejscie do pacjentów pomimo iż już wtedy posiadał on swój prywatny gabinet! Zawsze zażartował, umiał rozmawiać z pacjentami w każdym wieku i przykładal sie do pracy. Jego plomby mam nawet do tej chwili pomimo iż mają już kilka ładnych lat. Nigdy nie chodziłam na poprawki. Gdy juz uporałam się z zębami przestałam do niego chodzić. Minęło około 4 lat kiedy sie u niego nie stawiałam. Nie było mi po drodze, zęby tez mi nie dokuczały....chodź wiedziałam ze wypadałoby podejść chociaż na "przegląd". Odwlekałam to do momentu, aż w drugiej ciąży jednego pięknego dnia zaczął mnie boleć ząb. Wiłam sie z bólu kombinując wszystkimi domowymi sposobami aby go ukoić. Ostatecznie na drugi dzień zdecydowałam, że czas odwiedzić mojego dentystę. Podejrzewałam, że plomba mi sie rozszczelniła i dostawało sie tam powietrze stad ten bol. Lekarz po tych kilku latach wciąż uśmiechnięty ale jakby inny. Zajrzał mi w zęby po czym w momencie gdy mówił Ja tu nic nie widzę dotknął mojej plomby a ona jak na zawołanie po prostu wypadła. Oznajmił mi, że zakłada mi opatrunek a ja mam się stawić po rozwiązaniu bo trzeba zrobić prześwietlenie. Nie poinformował mnie ani o stanie pozostałych zębów ani dlaczego mam przyjść dopiero po porodzie. Wytłumaczyłam to sobie Ja głupia ze to pewnie ze względu na to prześwietlenie mam sie stawić po urodzeniu bo nie powinno się robic go w czasie ciąży. Potem co jakiś czas wracałam do gabinetu na uzupełnienie opatrunku bo albo mi wypadal albo sie rozpuszczal. Któregoś jednak dnia mojego dentysty nie było ale byl inny. Przyjął mnie ale oznajmił, że koniecznie tego zęba mam zrobić teraz bo po ciąży to juz na pewno będzie kanał! Oprócz tego oznajmił mi ze mam tez kilka innych zębów do roboty i lepiej żebym zrobiła je teraz. Zdziwiłam sie mocno ale posłusznie zarejestrowałam sie do swojego lekarza. I co?? I mój ponownie odesłał mnie z kwitkiem twierdząc, że on mi tego zęba robic teraz nie będzie nie podając żadnych sensownych argumentów poza tym ze mam wrażliwe dziąsła i krew będzie sie lała a to się mija z celem. Zniesmaczona całą sytuacja ale posłusznie wróciłam do lekarza po rozwiązaniu. I oczywiście juz na tej wizycie usłyszałam, ze to na pewno będzie leczenie kanałowe, że mam zrobić zdjęcie w jego prywatnym gabinecie gdzie koszt zdjęcia to tyle i tyle i jakie są koszta leczenia kanałowego bo przecież NFZ tego nie refunduje. Wkurzyłam sie i to ostro ! W efekcie skierowanie na zdjęcie juz dawno pewnie straciło ważność a ja? Właściwie nie wiem na co czekam....moze na to aż napatoczy sie jakiś normalny lekarz lub aż będzie mnie stać na to żeby pójść prywatnie. Bo do mojego dentysty z pewnością więcej nie pójdę.
Do tego w piatek będąc z moja córą u dentysty dowiedziałam się, że leczenie kanałowe w czasie ciąży i przez 6 tygodni po porodzie w czasie połogu jest refundowane przez NFZ!!! O czym oczywiście mój lekarz nie raczył mnie nawet poinformować! Ba! Nawet teraz będąc mądrzejsza o ta wiedze wiem juz czemu odprawiał mnie on przez kilka miesięcy z kwitkiem! Uznał zapewne że leczenie na NFZ nie bardzo mu się opłaca i lepiej przetrzymać mnie troche i wtedy pieniążki wpadną mu do kieszeni! By potwierdzić ta informacje poszperałam też w Internecie i specjalnie dla Was zamieszczam link który potwierdza że kanał jest refundowany- link. I jak tu zaufać lekarzom?
A jak jest u Was? Korzystacie z pomocy na NFZ czy jednak wolicie robić zęby prywatnie? Może mieliście sytuacje gdy lekarz dentysta również nadwyrężył Wasze zaufanie?
Zawsze sie dziwiłam dlaczego ponad połowa moich znajomych korzysta z usług dentystycznych prywatnie. Przecież nie może być aż tak źle. Przecież na coś płacimy te cholerne składki. Przecież połowa tych dentystów ma prywatne gabinety wiec w czym mogą być gorsi robiąc to na NFZ czy prywatnie? Niestety jak sie okazuje dobry dentysta przyjmujący na fundusz to jak igła w stogu siana- marne szanse że go znajdziesz.
O tej brutalnej prawdzie przekonałam sie dopiero w ciąży a całkowicie uświadomiłam w piątek będąc niespodziewanie z córką w prywatnym gabinecie z bolącym ząbkiem. Porozmawiałam sobie z pielęgniarka i dowiedziałam ciekawych rzeczy. A jakich? O tym za chwilę. Najpierw nieco naświetle swój przypadek, sytuację która mnie spotkała.
Miałam swojego dentystę już od czasów gimnazjum. Robiłam u niego wszystkie zęby. Lubiłam go za dobrze wykonaną robotę i podejscie do pacjentów pomimo iż już wtedy posiadał on swój prywatny gabinet! Zawsze zażartował, umiał rozmawiać z pacjentami w każdym wieku i przykładal sie do pracy. Jego plomby mam nawet do tej chwili pomimo iż mają już kilka ładnych lat. Nigdy nie chodziłam na poprawki. Gdy juz uporałam się z zębami przestałam do niego chodzić. Minęło około 4 lat kiedy sie u niego nie stawiałam. Nie było mi po drodze, zęby tez mi nie dokuczały....chodź wiedziałam ze wypadałoby podejść chociaż na "przegląd". Odwlekałam to do momentu, aż w drugiej ciąży jednego pięknego dnia zaczął mnie boleć ząb. Wiłam sie z bólu kombinując wszystkimi domowymi sposobami aby go ukoić. Ostatecznie na drugi dzień zdecydowałam, że czas odwiedzić mojego dentystę. Podejrzewałam, że plomba mi sie rozszczelniła i dostawało sie tam powietrze stad ten bol. Lekarz po tych kilku latach wciąż uśmiechnięty ale jakby inny. Zajrzał mi w zęby po czym w momencie gdy mówił Ja tu nic nie widzę dotknął mojej plomby a ona jak na zawołanie po prostu wypadła. Oznajmił mi, że zakłada mi opatrunek a ja mam się stawić po rozwiązaniu bo trzeba zrobić prześwietlenie. Nie poinformował mnie ani o stanie pozostałych zębów ani dlaczego mam przyjść dopiero po porodzie. Wytłumaczyłam to sobie Ja głupia ze to pewnie ze względu na to prześwietlenie mam sie stawić po urodzeniu bo nie powinno się robic go w czasie ciąży. Potem co jakiś czas wracałam do gabinetu na uzupełnienie opatrunku bo albo mi wypadal albo sie rozpuszczal. Któregoś jednak dnia mojego dentysty nie było ale byl inny. Przyjął mnie ale oznajmił, że koniecznie tego zęba mam zrobić teraz bo po ciąży to juz na pewno będzie kanał! Oprócz tego oznajmił mi ze mam tez kilka innych zębów do roboty i lepiej żebym zrobiła je teraz. Zdziwiłam sie mocno ale posłusznie zarejestrowałam sie do swojego lekarza. I co?? I mój ponownie odesłał mnie z kwitkiem twierdząc, że on mi tego zęba robic teraz nie będzie nie podając żadnych sensownych argumentów poza tym ze mam wrażliwe dziąsła i krew będzie sie lała a to się mija z celem. Zniesmaczona całą sytuacja ale posłusznie wróciłam do lekarza po rozwiązaniu. I oczywiście juz na tej wizycie usłyszałam, ze to na pewno będzie leczenie kanałowe, że mam zrobić zdjęcie w jego prywatnym gabinecie gdzie koszt zdjęcia to tyle i tyle i jakie są koszta leczenia kanałowego bo przecież NFZ tego nie refunduje. Wkurzyłam sie i to ostro ! W efekcie skierowanie na zdjęcie juz dawno pewnie straciło ważność a ja? Właściwie nie wiem na co czekam....moze na to aż napatoczy sie jakiś normalny lekarz lub aż będzie mnie stać na to żeby pójść prywatnie. Bo do mojego dentysty z pewnością więcej nie pójdę.
Do tego w piatek będąc z moja córą u dentysty dowiedziałam się, że leczenie kanałowe w czasie ciąży i przez 6 tygodni po porodzie w czasie połogu jest refundowane przez NFZ!!! O czym oczywiście mój lekarz nie raczył mnie nawet poinformować! Ba! Nawet teraz będąc mądrzejsza o ta wiedze wiem juz czemu odprawiał mnie on przez kilka miesięcy z kwitkiem! Uznał zapewne że leczenie na NFZ nie bardzo mu się opłaca i lepiej przetrzymać mnie troche i wtedy pieniążki wpadną mu do kieszeni! By potwierdzić ta informacje poszperałam też w Internecie i specjalnie dla Was zamieszczam link który potwierdza że kanał jest refundowany- link. I jak tu zaufać lekarzom?
A jak jest u Was? Korzystacie z pomocy na NFZ czy jednak wolicie robić zęby prywatnie? Może mieliście sytuacje gdy lekarz dentysta również nadwyrężył Wasze zaufanie?
sobota, 28 lutego 2015
50 twarzy Greya- hit czy kit?
Z samego początku zaznaczam, że tu nie będzie "ochów" i " achów" i jaki to film/książka są cudowne!
Ja nie z tych co popadli w GREYOfobie. O nie!
...chodź przeczytałam książkę. Ba! Nawet wszystkie trzy części...ale nie urzekła mnie. Zresztą czułam, że tak będzie.
Czemu więc po nią sięgnęłam? A no z czystej ciekawości. To było z dwa lata temu. Dowiedziałam się o książce od koleżanki z pracy. Akurat ją czytała - zachwalała, że świetna, że ostro i w ogóle. Nie przekonała mnie. Jednak gdy kolejna kumpela w pracy przerabiała tą lekturę w zachwycie i już następna czekała w kolejce by pożyczyć ciekawość wzięła górę. No bo co tam jest takiego, że wszystkie sie zachwycają. Usłyszałam też, że ponoć książka jest tak wulgarna, że zabraniają ją udostępniać w bibliotekach publicznych. No i się pokusiłam. Przeczytałam, pierwszą część, potem druga i nawet trzecią. Nie było tego WOW. Zawiodłam się troszkę bo myślałam, że książka na prawdę jest tak fantastyczna na jaką ją wszyscy kreują. Zamiast tego stwierdziłam, że to takie romansidło typu Harlequin z dodatkiem pikanterii w postaci BDMS który kompletnie mnie nie rusza. Nie wiem, może jestem dziwna ale nie widzę niczego podniecającego w sprawianiu komuś bólu a nawet pewnymi zachowaniami Szarego byłam wręcz oburzona. Dlaczego wiec czytałam dalej? Z tego samego powodu z którego w ogóle sięgnęłam po książkę - z ciekawości. Liczyłam, że może jednak mi sie odmieni, ciekawa byłam jak bardzo Grey sie zmieni przez Anastazję, że może jeszcze książka mnie zachwyci, że autorka mnie czymś jeszcze zaskoczy pomimo iż domyślałam sie, że książka zakończy się happy end'em. Nie zaskoczyła.
Dla sprostowania to nie to, że książka absolutnie mi się nie podobała. Nie była po prostu fascynująca/ fantastyczna/rewelacyjna no nie urzekła mnie.
Do tej pory zastanawiam sie czy to ze mną coś nie tak, czy serio tych ktorych to romansidło nie urzekło jest tak niewiele? A może jest wielu ale się nie ujawniają - Halo jesteście tu! Ukażcie sie i połączmy sie w bólu!!! (z przymrużeniem oka :D ). A tak na poważnie- nie mam nic do tych którym sie to podoba bo każdy ma swój gust. Ale czy może mi ktos łopatologicznie wyjaśnić gdzie tu fenomen tej książki i zarówno filmu? No nie mogę tego zrozumieć. Co tu jest takiego fantastycznego? Romans który sie kroi miedzy Anastazja i Christianem czy to porno BDMS które ktos odważył sie wpuścić na ekrany kin? Przecież jak ktoś chce sobie włączyć porno to w necie jest tego od groma i to do koloru i do wyboru. Przyznam się szczerze, że przez chwilę kiełkowała myśl czy by nie wybrać sie do kina i zobaczyć wokoło czego taki szum. Na szczęście w porę do akcji wkroczył rozsadek i wyperswadował mi to z głowy. Wolę wydać kasę na bilet na film który przynajmniej wiem że mi sie spodoba a nie po to, żeby zaspokoić swoja ciekawość. Za to do obrzydzenia wszędzie GREYOfobia: Tv, radio, prasa, Internet a nawet fb huczy o Greyu. Tego juz zrozumieć nie mogę.
Jak dla mnie niema sie czym tu podniecać. A wy? Co sadzicie o filmie/książce? Jesteście z tych fanów czy "anty fanów". Może uważacie, że to "porno dla mamusiek" (swoją drogą tez nie rozumiem tego stwierdzenia bo co to ma do mamusiek?????)? A może pozostajecie na neutralnym stanowisku? Albo jesteście z tych którzy sie tym zachwycają i sa w stanie przetłumaczyć mi ze się mylę i postawić sensowne argumenty ze to hit? :)
(podkreślam że mój post nie jest żadnym atakiem tylko wyrażam własne zdanie i zachęcam do dyskusji ;) )
Ja nie z tych co popadli w GREYOfobie. O nie!
...chodź przeczytałam książkę. Ba! Nawet wszystkie trzy części...ale nie urzekła mnie. Zresztą czułam, że tak będzie.
Czemu więc po nią sięgnęłam? A no z czystej ciekawości. To było z dwa lata temu. Dowiedziałam się o książce od koleżanki z pracy. Akurat ją czytała - zachwalała, że świetna, że ostro i w ogóle. Nie przekonała mnie. Jednak gdy kolejna kumpela w pracy przerabiała tą lekturę w zachwycie i już następna czekała w kolejce by pożyczyć ciekawość wzięła górę. No bo co tam jest takiego, że wszystkie sie zachwycają. Usłyszałam też, że ponoć książka jest tak wulgarna, że zabraniają ją udostępniać w bibliotekach publicznych. No i się pokusiłam. Przeczytałam, pierwszą część, potem druga i nawet trzecią. Nie było tego WOW. Zawiodłam się troszkę bo myślałam, że książka na prawdę jest tak fantastyczna na jaką ją wszyscy kreują. Zamiast tego stwierdziłam, że to takie romansidło typu Harlequin z dodatkiem pikanterii w postaci BDMS który kompletnie mnie nie rusza. Nie wiem, może jestem dziwna ale nie widzę niczego podniecającego w sprawianiu komuś bólu a nawet pewnymi zachowaniami Szarego byłam wręcz oburzona. Dlaczego wiec czytałam dalej? Z tego samego powodu z którego w ogóle sięgnęłam po książkę - z ciekawości. Liczyłam, że może jednak mi sie odmieni, ciekawa byłam jak bardzo Grey sie zmieni przez Anastazję, że może jeszcze książka mnie zachwyci, że autorka mnie czymś jeszcze zaskoczy pomimo iż domyślałam sie, że książka zakończy się happy end'em. Nie zaskoczyła.
Dla sprostowania to nie to, że książka absolutnie mi się nie podobała. Nie była po prostu fascynująca/ fantastyczna/rewelacyjna no nie urzekła mnie.
Do tej pory zastanawiam sie czy to ze mną coś nie tak, czy serio tych ktorych to romansidło nie urzekło jest tak niewiele? A może jest wielu ale się nie ujawniają - Halo jesteście tu! Ukażcie sie i połączmy sie w bólu!!! (z przymrużeniem oka :D ). A tak na poważnie- nie mam nic do tych którym sie to podoba bo każdy ma swój gust. Ale czy może mi ktos łopatologicznie wyjaśnić gdzie tu fenomen tej książki i zarówno filmu? No nie mogę tego zrozumieć. Co tu jest takiego fantastycznego? Romans który sie kroi miedzy Anastazja i Christianem czy to porno BDMS które ktos odważył sie wpuścić na ekrany kin? Przecież jak ktoś chce sobie włączyć porno to w necie jest tego od groma i to do koloru i do wyboru. Przyznam się szczerze, że przez chwilę kiełkowała myśl czy by nie wybrać sie do kina i zobaczyć wokoło czego taki szum. Na szczęście w porę do akcji wkroczył rozsadek i wyperswadował mi to z głowy. Wolę wydać kasę na bilet na film który przynajmniej wiem że mi sie spodoba a nie po to, żeby zaspokoić swoja ciekawość. Za to do obrzydzenia wszędzie GREYOfobia: Tv, radio, prasa, Internet a nawet fb huczy o Greyu. Tego juz zrozumieć nie mogę.
Jak dla mnie niema sie czym tu podniecać. A wy? Co sadzicie o filmie/książce? Jesteście z tych fanów czy "anty fanów". Może uważacie, że to "porno dla mamusiek" (swoją drogą tez nie rozumiem tego stwierdzenia bo co to ma do mamusiek?????)? A może pozostajecie na neutralnym stanowisku? Albo jesteście z tych którzy sie tym zachwycają i sa w stanie przetłumaczyć mi ze się mylę i postawić sensowne argumenty ze to hit? :)
(podkreślam że mój post nie jest żadnym atakiem tylko wyrażam własne zdanie i zachęcam do dyskusji ;) )
niedziela, 8 lutego 2015
Akcja #Lepszyporód
Od dłuższego czasu co rusz gdzieś obijało mi się o uszy...znaczy oczy akcja #lepszyporod. Właściwie pierwsze konkretne informacje o całym przedsięwzięciu napłynęły do mnie z serwisu Baby online. Ale nie była to moja pierwsza i jedyna styczność z akcją. Dopiero ten artykuł uświadomił mi na czym to polega i, że tak na prawdę każda z nas ma możliwość podzielić się ze swoimi szpitalnymi przeżyciami. Niekoniecznie tymi złymi ale i tymi dobrymi. Z napięciem czytałam zwierzenia redaktorek z Baby online. Przeżywałam wraz z nimi te chwile i niekiedy świetnie rozumiałam z czym tak na prawdę przyszło się im zmierzyć. Odszukałam fanpage Lepszy Poród i już wtedy postanowiłam- stworzę własną kartkę!
„Lepszy poród” to oddolna inicjatywa kobiet na rzecz lepszej opieki okołoporodowej. Mamy dobre prawo okołoporodowe – czas, by zaczęło być respektowane we wszystkich placówkach medycznych!
Akcja ta jest formą protestu przeciwko nadużyciom, których ciągle doświadczają kobiety na polskich porodówkach. Wierzymy, że zebrane tu świadectwa będą pomocą dla lekarzy, symbolicznym oczyszczeniem dla matek oraz parasolem ochronnym dla przyszłych rodzących.
...tak wiem poszłam na łatwiznę i skopiowałam to z samej oficjalnej strony Lepszy Poród ale uważam, że zostało to tutaj na prawdę świetnie ujęte. (więcej szczegółów w linku)
Co zrobić by móc samemu przyłączyć się do akcji?
Właściwie niewiele-wystarczy napisać kartkę, zrobić zdjęcie jak trzymamy kartkę (można również uchwycić swoją twarz) lub jak leży na stole (ewentualnie widziałam też zdjęcia kartek napisanych w wordzie) i przesłać na adres meilowy akcja@lepszyporod.pl lub w wiadomości prywatnej na fanpage Lepszy Poród.
Co nam daje przyłączenie się do akcji?
Nam może niewiele poza wylaniem swej radości bądź goryczy ale dużo daje z pewnościom tym mamom przed którymi dopiero czas zmagań na porodówce z personelem. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi a dobrze być świadomym jakie prawa ma kobieta rodząca i na co absolutnie nie możemy przyzwolić.
Sama żałuję, że tak niewiele wiedziałam idąc rodzić po raz pierwszy. Gdybym była bardziej świadoma z pewnością do wielu sytuacji opisanych na mojej kartce po prostu bym nie dopuściła.
Co najgorsze złe traktowanie kobiet podczas porodu niekiedy rzutuje na decyzję czy mieć więcej dzieci czy nie. Czasami kobieta z upływem czasu jakoś radzi sobie ze złymi wspomnieniami (tak jak było ze mną) a czasami boi się podjąć decyzję o kolejnej ciąży i kolejnym porodzie.
Ja sumiennie będę przyklaskiwać całej akcji bo uważam to za coś na prawdę świetnego! Dopinguję też mamom, które będą rodzić aby były bardziej świadome swoich praw!
Dziękuję za uwagę :).
Aktualnie jest ona już w zbiorze innych kartek na fanpage i każda mama (i nie tylko!) może zapoznać się z tym co ja przeżywałam rodząc pierwsze dziecko.
Na czym polega akcja #lepszyporod?
„Lepszy poród” to oddolna inicjatywa kobiet na rzecz lepszej opieki okołoporodowej. Mamy dobre prawo okołoporodowe – czas, by zaczęło być respektowane we wszystkich placówkach medycznych!
Akcja ta jest formą protestu przeciwko nadużyciom, których ciągle doświadczają kobiety na polskich porodówkach. Wierzymy, że zebrane tu świadectwa będą pomocą dla lekarzy, symbolicznym oczyszczeniem dla matek oraz parasolem ochronnym dla przyszłych rodzących.
...tak wiem poszłam na łatwiznę i skopiowałam to z samej oficjalnej strony Lepszy Poród ale uważam, że zostało to tutaj na prawdę świetnie ujęte. (więcej szczegółów w linku)
Co zrobić by móc samemu przyłączyć się do akcji?
Właściwie niewiele-wystarczy napisać kartkę, zrobić zdjęcie jak trzymamy kartkę (można również uchwycić swoją twarz) lub jak leży na stole (ewentualnie widziałam też zdjęcia kartek napisanych w wordzie) i przesłać na adres meilowy akcja@lepszyporod.pl lub w wiadomości prywatnej na fanpage Lepszy Poród.
Co nam daje przyłączenie się do akcji?
Nam może niewiele poza wylaniem swej radości bądź goryczy ale dużo daje z pewnościom tym mamom przed którymi dopiero czas zmagań na porodówce z personelem. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi a dobrze być świadomym jakie prawa ma kobieta rodząca i na co absolutnie nie możemy przyzwolić.
Sama żałuję, że tak niewiele wiedziałam idąc rodzić po raz pierwszy. Gdybym była bardziej świadoma z pewnością do wielu sytuacji opisanych na mojej kartce po prostu bym nie dopuściła.
Co najgorsze złe traktowanie kobiet podczas porodu niekiedy rzutuje na decyzję czy mieć więcej dzieci czy nie. Czasami kobieta z upływem czasu jakoś radzi sobie ze złymi wspomnieniami (tak jak było ze mną) a czasami boi się podjąć decyzję o kolejnej ciąży i kolejnym porodzie.
Ja sumiennie będę przyklaskiwać całej akcji bo uważam to za coś na prawdę świetnego! Dopinguję też mamom, które będą rodzić aby były bardziej świadome swoich praw!
Dziękuję za uwagę :).
środa, 4 lutego 2015
Poród fizjologiczny (naturalny), poród siłami natury i drogami natury- czy to to samo?
Do tej pory poród dzieliłam na dwie kategorie: CC- cesarskie cięcie i SN- siłami natury.
Jakie było moje zdziwienie gdy dzisiaj trafiłam na ten artykuł. To uświadomiło mnie że niekiedy stwierdzenie "rodziłam siłami natury" jest błędnie używane i że rodzaje porodu mają nieco więcej kategorii niż te dwie wyżej wymienione.
Już kiedyś spotkałam się z sytuacją, że przy wizycie u lekarza z moją pierworodną lekarz mnie upomniała, że poród za pomocą kleszczy nie był porodem sn. Nie wiedziałam wtedy o co chodzi....myślałam, że lekarze dzielą to sami sobie na jakieś podkategorie a dla mnie poród po prostu jest albo sn albo cc. Rzeczywistość jest jednak inna. Może to tylko ja jestem taka niedoinformowana, może jest nas więcej....ale właśnie dla tych niedoinformowanych postanowiłam napisać ten post ;).
Czym się więc różni poród fizjologiczny (naturalny) od porodu siłami natury i drogami natury? Bo definicja CC chyba nie muszę przytaczać? ;)
Poród fizjologiczny (naturalny): jest to poród spontaniczny który przebywa całkowicie w naturalny sposób. Skurcze pojawiają się samoistnie i wszystko przebywa w swoim tempie bez ingerencji medycznej i farmakologicznej. Dziecko rodzi się w prawidłowy sposób (główką do dołu między 37-40 tyg. ciąży) i cały przebieg porodu jest bez ryzyka. Również przy takim porodzie wykluczamy całkowicie nacięcie krocza.
Poród siłami natury: jest to poród, w którym dziecko rodzi dzięki sile naturalnej czynności skurczowej macicy matki. Czołową rolę ogrywa tu oksytocyna (wytworzona przez organizm kobiety oczywiście ;) ), adrenalina i endorfiny. Chodź przyznam że jak dla mnie (takiego zielonka, który nie wie jak wygląda to z punktu widzenia medycznego :D) to jest praktycznie to samo co poród fizjologiczny.
Poród drogami natury: no i tutaj oczywiście dokładnie prawie to samo co wyżej z tą różnicą, że w tym wypadku jest już ingerencja i medyczna i farmakologiczna (nacięcie krocza, kroplówka z oksytocyną, znieczulenie, kleszcze itp.).
Doszukałam się również informacji, że porodów naturalnych w Polsce jest tylko 7%!! Jak dla mnie to tragicznie mało! Na własnym przykładzie widzę, że lekarze idą czasami na łatwiznę i chcą nieco przyspieszyć akcję porodową. Miałam w końcu dwa porody wywoływane kroplówką, oba z nacięciem krocza i jedno zakończone kleszczami. Dodam, że nie było takiej konieczności. W obu przypadkach stawiłam się w szpitalu zbyt szybko bo wydawało mi się, że już coś się dzieje. W obu przypadkach lekarze woleli podłączyć mnie od razu pod kroplówkę by po 4,5 godzinie było po wszystkim niż poczekać aż coś się samo rozkręci. Rodziłam w odstępie 4 lat w tym samym szpitalu i sposób postępowania wciąż ten sam. Wcześniej mnie to tak nie raziło...to wywoływanie porodu przez kroplówkę. Niestety im więcej lubię "dzieciowych" fan page na fb, im więcej przesiaduję na "mamowych" forach tym więcej informacji do mnie dociera. A ja??...Zaczynam być coraz bardziej świadoma, że mogłam nie dopuścić do tych kroplówek. Niestety świadoma po fakcie. W końcu nie na darmo się mówi "mądry polak po szkodzie". No ale cóż poradzić? Było, minęło i nie da się czasu cofnąć.
Po tym artykule który przeczytałam wychodzi jednak że najlepszy dla dziecka jest właśnie ten poród całkowicie naturalny (nie pierwszy raz spotykam się z tą opinią).
A jak było u Was?
Jaki poród miałyście (lub Wasze żony miały)?
A może jaki poród planujecie?
Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii.
Jakie było moje zdziwienie gdy dzisiaj trafiłam na ten artykuł. To uświadomiło mnie że niekiedy stwierdzenie "rodziłam siłami natury" jest błędnie używane i że rodzaje porodu mają nieco więcej kategorii niż te dwie wyżej wymienione.
Już kiedyś spotkałam się z sytuacją, że przy wizycie u lekarza z moją pierworodną lekarz mnie upomniała, że poród za pomocą kleszczy nie był porodem sn. Nie wiedziałam wtedy o co chodzi....myślałam, że lekarze dzielą to sami sobie na jakieś podkategorie a dla mnie poród po prostu jest albo sn albo cc. Rzeczywistość jest jednak inna. Może to tylko ja jestem taka niedoinformowana, może jest nas więcej....ale właśnie dla tych niedoinformowanych postanowiłam napisać ten post ;).
Czym się więc różni poród fizjologiczny (naturalny) od porodu siłami natury i drogami natury? Bo definicja CC chyba nie muszę przytaczać? ;)
Poród fizjologiczny (naturalny): jest to poród spontaniczny który przebywa całkowicie w naturalny sposób. Skurcze pojawiają się samoistnie i wszystko przebywa w swoim tempie bez ingerencji medycznej i farmakologicznej. Dziecko rodzi się w prawidłowy sposób (główką do dołu między 37-40 tyg. ciąży) i cały przebieg porodu jest bez ryzyka. Również przy takim porodzie wykluczamy całkowicie nacięcie krocza.
Poród siłami natury: jest to poród, w którym dziecko rodzi dzięki sile naturalnej czynności skurczowej macicy matki. Czołową rolę ogrywa tu oksytocyna (wytworzona przez organizm kobiety oczywiście ;) ), adrenalina i endorfiny. Chodź przyznam że jak dla mnie (takiego zielonka, który nie wie jak wygląda to z punktu widzenia medycznego :D) to jest praktycznie to samo co poród fizjologiczny.
Poród drogami natury: no i tutaj oczywiście dokładnie prawie to samo co wyżej z tą różnicą, że w tym wypadku jest już ingerencja i medyczna i farmakologiczna (nacięcie krocza, kroplówka z oksytocyną, znieczulenie, kleszcze itp.).
Doszukałam się również informacji, że porodów naturalnych w Polsce jest tylko 7%!! Jak dla mnie to tragicznie mało! Na własnym przykładzie widzę, że lekarze idą czasami na łatwiznę i chcą nieco przyspieszyć akcję porodową. Miałam w końcu dwa porody wywoływane kroplówką, oba z nacięciem krocza i jedno zakończone kleszczami. Dodam, że nie było takiej konieczności. W obu przypadkach stawiłam się w szpitalu zbyt szybko bo wydawało mi się, że już coś się dzieje. W obu przypadkach lekarze woleli podłączyć mnie od razu pod kroplówkę by po 4,5 godzinie było po wszystkim niż poczekać aż coś się samo rozkręci. Rodziłam w odstępie 4 lat w tym samym szpitalu i sposób postępowania wciąż ten sam. Wcześniej mnie to tak nie raziło...to wywoływanie porodu przez kroplówkę. Niestety im więcej lubię "dzieciowych" fan page na fb, im więcej przesiaduję na "mamowych" forach tym więcej informacji do mnie dociera. A ja??...Zaczynam być coraz bardziej świadoma, że mogłam nie dopuścić do tych kroplówek. Niestety świadoma po fakcie. W końcu nie na darmo się mówi "mądry polak po szkodzie". No ale cóż poradzić? Było, minęło i nie da się czasu cofnąć.
Po tym artykule który przeczytałam wychodzi jednak że najlepszy dla dziecka jest właśnie ten poród całkowicie naturalny (nie pierwszy raz spotykam się z tą opinią).
A jak było u Was?
Jaki poród miałyście (lub Wasze żony miały)?
A może jaki poród planujecie?
Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii.
środa, 28 stycznia 2015
Blogosfera
Dziś króciutko. Jeszcze 3 dni można zgłaszać swój blog na BLOGOSFERZE by móc testować produkty Canpol babies. Ewentualnie jeżeli nie chcesz testować a chcesz, żeby dany produkt był nagrodą w Twoim konkursie to i taka możliwość oczywiście jest :). Zapraszam więc gorąco do Blogosfery bo w tym miesiącu taki o to cudowny zestawik:
czwartek, 22 stycznia 2015
Jaka różnica wieku najodpowiedniejsza między rodzeństwem?
Od dłuższego czasu zaobserwowałam wysyp pytań, czy to wirtualnie czy to nawet w realu typu "Jaka jest najodpowiedniejsza różnica wieku między rodzeństwem? Kiedy zdecydować się na drugie/trzecie/czwarte....dziesiąte dziecko?". Nie wiem, może jestem dziwna...może mam inne poglądy ale cholerka niema bardziej irytującego pytania! Bo przepraszam ale czy faktycznie jest coś takiego jak "najodpowiedniejsza różnica wieku"? Może są jakieś książkowe teorie? Albo psychologiczne teorie? Może jestem nieuświadomiona i tak na prawdę są jakieś schematy według których trzeba się trzymać? Opsss....przepraszam ja się tam tym nie kierowałam decydując się na drugie dziecko.
Te pytania pojawiają się nawet na facebooku na różnych FanPage. Czytam z ciekawości...ale opinie są tak różne. Jedni mówią rok, inni 2, inni 3.....i zaczyna się licytacja kto ma rację i stawianie własnych argumentów. A wiecie co? A ja Wam powiem, że każdy ma na swój sposób rację. Natomiast nie rozumiem w jaki sposób pomaga to osobie pytającej? Ja po takiej licytacji miałabym jeszcze większy mętlik w głowie....z pewnością by mi to nie pomogło. No i dlaczego to Grażynka ma decydować o tym kiedy mam urodzić drugie dziecko bo jej zdaniem rok po roku jest idealnie, albo dlaczego to Basia ma zadecydować, że mam jeszcze zaczekać skoro najlepiej odczekać z 3 lata? (zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa :P)
Decyzja o tym kiedy urodzić kolejne dziecko powinna być indywidualna ewentualnie a nawet koniecznie po skonsultowaniu z mężem, narzeczonym, partnerem, chłopakiem, kochankiem....czy kim tam jeszcze jest ojciec Naszych dzieci. Ja rozumiem, że ma się na względzie dobro dzieci. Jednak czy faktycznie jeżeli różnica między dziećmi wynosi nawet 5 lat to dzieci są pokrzywdzone? Moim zdaniem nie....moim zdaniem każda pora jest odpowiednia na kolejne dziecko...czy różnica będzie wynosi 1,2,3....czy nawet 16 lat albo i jeszcze więcej.
Jestem najstarsza z mojego rodzeństwa. Brat jest rok młodszy...no i mając na uwadze dzieci rok po roku- argumenty rodziców że rok po roku jest najlepiej: "będą się razem bawić", "są prawie jak rówieśnicy".
Moje wspomnienia z dzieciństwa a przynajmniej z okresu który pamiętam: wojny, wojny, wojny.....tak wyglądały moje relacje z bratem ;). Owszem bawiliśmy się razem ale większą część dzieciństwa zmarnowaliśmy na kłótnie, sprzeczki, bicie się....chodź jak przyszło co do czego to jeden drugiego potrafił bronić. Jednakże mi przeszkadzało że on goni moją klasę bo przecież chodził tylko do klasy niżej i kochał się w moim koleżankach licząc że rok różnicy niema tu znaczenia....dla niektórych nie miało. Teraz kiedy jesteśmy dorośli nie zwracam tak uwagi czy on jest rok czy 5 lat młodszy. Nie robiłoby mi to kompletnie różnicy....jesteśmy już na tym etapie kiedy uważamy siebie za równych.
Jestem też siostrą o 16 lat młodszej siostry. Duża różnica prawda? No ale rodzice czekali na lepsze warunki by móc fundnąć mi wymarzoną siostrę. Doczekałam się. Ale jestem dla niej bardziej jak druga matka. No bo już się z nią tak nie pobawię jak z bratem kiedyś, nie pobiegam po podwórku i nie znajdę podobnych zainteresowań. Przynajmniej nie na tym etapie wieku w którym jest teraz. Ale na pewno będę służyć ramieniem gdy tego będzie potrzebować, pomogę jeżeli zajdzie taka konieczność, zaopiekuję się gdy będzie trzeba...dam jej z siebie tyle ile jestem w stanie dać. A ona w obecnej chwili wychowuje się prawie jak jedynaczka bo ma dużo starsze rodzeństwo. Za to jest wspaniałą towarzyszką zabaw dla mojej prawie 5 letniej córki. 3 lata które je dzielą kompletnie nie są dla nich żadną przeszkodą. Pobawią się razem, pokłócą...żyją jak siostry. Czasem trzeba je na dwa dni odseparować bo wiecznie są sprzeczki, a czasami są jak papużki nierozłączki.
Czy ja się gdzieś u kogoś doradzałam kiedy zdecydować się na drugie? Nie. Ja po prostu żyłam chwilą do momentu aż któregoś dnia usiadłam i stwierdziłam "chce drugie, jestem gotowa". Niestety nie było to takie proste bo to musi być decyzja dwóch osób a tu tylko jedne chciało ;). Ale od razu podkreślam że mimo iż chciałam i tak nie robiłam czegoś wbrew mojej drugiej połówce. Los sam tak chciał że zdarzyła sie druga wpadka. Żadne z nas nie żałuje nawet on.
W moim przypadku więc między dziećmi jest 3,5 roku różnicy. Mało, dużo? Odpowiednio. Starsza siostra troszczy się o młodszego brata, dba o niego i niekiedy sama uparcie chce przy nim coś zrobić. Poczuwa się do odpowiedzialności jako starsza siostra nad młodszym bratem. Zdarzają się już teraz sprzeczki ale kto powiedział, że z taką różnicą wieku nie mogą się razem bawić?
Może jestem egoistką, może jestem wygodna ale nie wyobrażam sobie mieć dzieci rok po roku. Tak mi dobrze. Mam pomoc ze strony córy, jest lżej finansowo bo nie musze kupować tyle pampków no i przede wszystkim córa dużo rozumie- co jej wolno czego nie, nie jest zazdrosna i mogę jej przetłumaczyć że braciszkowi trzeba więcej uwagi poświęcić.
Cofając się też 4 lata wstecz nie byłabym w stanie zdecydować się na jedno po drugim. Przez rok po porodzie towarzyszył mi uraz do porodów i zapewnianie wszystkich "nigdy więcej!". Do tego tylko moja druga połówka pracowała, mieszkaliśmy z teściową i szwagrem i mieliśmy malutki pokoik gdzie ledwo we troje się mieściliśmy to gdzie jeszcze drugie dziecko.
Moja rada na koniec: chcesz wiedzieć jaka różnica wieku jest najodpowiedniejsza? Posłuchaj swojego serca, zajrzyj do portfela i zdaj się na intuicję a nie kieruj się tym co kto ma do powiedzenia ;) bo to czy różnica będzie mniejsza czy większa niema tu znaczenia. Dzieci jak będą chciały to się dogadają albo nie bez względu na różnice wieku.
No to się rozpisałam :P.
Na koniec jeszcze dzisiejsza fotka moich kochających się pociech :)
Te pytania pojawiają się nawet na facebooku na różnych FanPage. Czytam z ciekawości...ale opinie są tak różne. Jedni mówią rok, inni 2, inni 3.....i zaczyna się licytacja kto ma rację i stawianie własnych argumentów. A wiecie co? A ja Wam powiem, że każdy ma na swój sposób rację. Natomiast nie rozumiem w jaki sposób pomaga to osobie pytającej? Ja po takiej licytacji miałabym jeszcze większy mętlik w głowie....z pewnością by mi to nie pomogło. No i dlaczego to Grażynka ma decydować o tym kiedy mam urodzić drugie dziecko bo jej zdaniem rok po roku jest idealnie, albo dlaczego to Basia ma zadecydować, że mam jeszcze zaczekać skoro najlepiej odczekać z 3 lata? (zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa :P)
Decyzja o tym kiedy urodzić kolejne dziecko powinna być indywidualna ewentualnie a nawet koniecznie po skonsultowaniu z mężem, narzeczonym, partnerem, chłopakiem, kochankiem....czy kim tam jeszcze jest ojciec Naszych dzieci. Ja rozumiem, że ma się na względzie dobro dzieci. Jednak czy faktycznie jeżeli różnica między dziećmi wynosi nawet 5 lat to dzieci są pokrzywdzone? Moim zdaniem nie....moim zdaniem każda pora jest odpowiednia na kolejne dziecko...czy różnica będzie wynosi 1,2,3....czy nawet 16 lat albo i jeszcze więcej.
Jestem najstarsza z mojego rodzeństwa. Brat jest rok młodszy...no i mając na uwadze dzieci rok po roku- argumenty rodziców że rok po roku jest najlepiej: "będą się razem bawić", "są prawie jak rówieśnicy".
Moje wspomnienia z dzieciństwa a przynajmniej z okresu który pamiętam: wojny, wojny, wojny.....tak wyglądały moje relacje z bratem ;). Owszem bawiliśmy się razem ale większą część dzieciństwa zmarnowaliśmy na kłótnie, sprzeczki, bicie się....chodź jak przyszło co do czego to jeden drugiego potrafił bronić. Jednakże mi przeszkadzało że on goni moją klasę bo przecież chodził tylko do klasy niżej i kochał się w moim koleżankach licząc że rok różnicy niema tu znaczenia....dla niektórych nie miało. Teraz kiedy jesteśmy dorośli nie zwracam tak uwagi czy on jest rok czy 5 lat młodszy. Nie robiłoby mi to kompletnie różnicy....jesteśmy już na tym etapie kiedy uważamy siebie za równych.
Jestem też siostrą o 16 lat młodszej siostry. Duża różnica prawda? No ale rodzice czekali na lepsze warunki by móc fundnąć mi wymarzoną siostrę. Doczekałam się. Ale jestem dla niej bardziej jak druga matka. No bo już się z nią tak nie pobawię jak z bratem kiedyś, nie pobiegam po podwórku i nie znajdę podobnych zainteresowań. Przynajmniej nie na tym etapie wieku w którym jest teraz. Ale na pewno będę służyć ramieniem gdy tego będzie potrzebować, pomogę jeżeli zajdzie taka konieczność, zaopiekuję się gdy będzie trzeba...dam jej z siebie tyle ile jestem w stanie dać. A ona w obecnej chwili wychowuje się prawie jak jedynaczka bo ma dużo starsze rodzeństwo. Za to jest wspaniałą towarzyszką zabaw dla mojej prawie 5 letniej córki. 3 lata które je dzielą kompletnie nie są dla nich żadną przeszkodą. Pobawią się razem, pokłócą...żyją jak siostry. Czasem trzeba je na dwa dni odseparować bo wiecznie są sprzeczki, a czasami są jak papużki nierozłączki.
Czy ja się gdzieś u kogoś doradzałam kiedy zdecydować się na drugie? Nie. Ja po prostu żyłam chwilą do momentu aż któregoś dnia usiadłam i stwierdziłam "chce drugie, jestem gotowa". Niestety nie było to takie proste bo to musi być decyzja dwóch osób a tu tylko jedne chciało ;). Ale od razu podkreślam że mimo iż chciałam i tak nie robiłam czegoś wbrew mojej drugiej połówce. Los sam tak chciał że zdarzyła sie druga wpadka. Żadne z nas nie żałuje nawet on.
W moim przypadku więc między dziećmi jest 3,5 roku różnicy. Mało, dużo? Odpowiednio. Starsza siostra troszczy się o młodszego brata, dba o niego i niekiedy sama uparcie chce przy nim coś zrobić. Poczuwa się do odpowiedzialności jako starsza siostra nad młodszym bratem. Zdarzają się już teraz sprzeczki ale kto powiedział, że z taką różnicą wieku nie mogą się razem bawić?
Może jestem egoistką, może jestem wygodna ale nie wyobrażam sobie mieć dzieci rok po roku. Tak mi dobrze. Mam pomoc ze strony córy, jest lżej finansowo bo nie musze kupować tyle pampków no i przede wszystkim córa dużo rozumie- co jej wolno czego nie, nie jest zazdrosna i mogę jej przetłumaczyć że braciszkowi trzeba więcej uwagi poświęcić.
Cofając się też 4 lata wstecz nie byłabym w stanie zdecydować się na jedno po drugim. Przez rok po porodzie towarzyszył mi uraz do porodów i zapewnianie wszystkich "nigdy więcej!". Do tego tylko moja druga połówka pracowała, mieszkaliśmy z teściową i szwagrem i mieliśmy malutki pokoik gdzie ledwo we troje się mieściliśmy to gdzie jeszcze drugie dziecko.
Moja rada na koniec: chcesz wiedzieć jaka różnica wieku jest najodpowiedniejsza? Posłuchaj swojego serca, zajrzyj do portfela i zdaj się na intuicję a nie kieruj się tym co kto ma do powiedzenia ;) bo to czy różnica będzie mniejsza czy większa niema tu znaczenia. Dzieci jak będą chciały to się dogadają albo nie bez względu na różnice wieku.
No to się rozpisałam :P.
Na koniec jeszcze dzisiejsza fotka moich kochających się pociech :)
wtorek, 13 stycznia 2015
No i minął okrągły roczek!
....Termin był na 10.01.2014- moje urodziny. Och jaka byłam szczęśliwa, że taki cudowny prezent urodzinowy mi się kroi. 9 miesięcy minęło bez komplikacji i bardzo szybko chodź starałam "delektować" każdym dniem- opierając się na poprzednich doświadczeniach wiedziałam, że jeszcze zatęsknię za tym stanem. Tak nadszedł dzień porodu, 10 stycznia, potem 11 stycznia, 12......a objawów porodu jak nie widać tak nie widać. Cóż synek jednak zdecydował, że nie pcha się na świat a z prezentem zamierza się spóźnić. Chciałam czekać.....czekać do tego aż akcja rozwinie się sama, żeby nie wylądować pod kroplówką jak przy pierwszym porodzie. Wraz z oczekiwaniami na objawy porodu pojawiało się też zwątpienie: czy jak już się zacznie to zdążę do szpitala?(do którego miałam 30 km) Czy z dzieciątkiem wszystko w porządku? 10.01 w dzień wyliczonego terminu porodu miałam ostatnią wizytę u mojego gina. Dał mi on tydzień poza terminem a jeżeli nie urodzę do następnego piątku miałam już gotowe wypisane skierowanie do szpitala. Codziennie modliłam się, żeby już coś zaczęło się dziać. Niestety jak wspomniałam wyżej, synkowi się nie spieszyło a we mnie rosło zdenerwowanie i niepewność. Czułam jakieś delikatne skurcze.....ale były tak niepewne że nie dawałam gwarancji że to skurcze. W końcu po argumentach pewnej znajomej która oznajmiła że czasami opóźnia się poród gdy dziecko jest owinięte pępowiną zdecydowałam (ku nie uciesze szpitalnego personelu :D) w niedzielę wieczorem 12.01 że jedziemy do szpitala. Jeżeli odeślą mnie do domu trudno, ale chce ktg i usg i być pewną że wszystko jest si. Ginekolog który akurat miał zmianę dał mi do zrozumienia że niema to jak wybrać sobie niedzielę wieczór na odwiedziny jednakże podszedł do tego z żartem. Uznał że zostawia mnie na noc na patologii ciąży bo COŚ się zaczęło ale nie wiadomo dokładnie co i jak długo potrwa więc aby nieco przyspieszyć to COŚ pozwolił mnie przebadać tak aby nieco wspomóc rozwinięcie całej akcji a jeżeli przez noc nic się nie rozwinie rano ląduję pod kroplówką. Niestety przez noc poza pojawieniem się skurczy które tym razem już czułam i odejścia czopa śluzowego bo tym badaniu nic więcej się nie rozwinęło. Rano więc wylądowałam pod kroplówką. Podłączyli mnie po 8 rano a o 11:55 utuliłam mojego synka. To były 4 ciężkie godziny kiedy wiłam się z bólu, kiedy nie mogłam pohamować łez ale wszystko robiłam zaciskając zęby, oczy i pięści i powtarzając sobie w duchu "to dla Ciebie synku!". To pozwoliło mi przez to przejść....było mi lżej znieść ten ból. A ten moment gdy go położyli na moim brzuchu....nie do opisania! To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Nawet komplikacje po porodzie które finalnie zakończyły się łyżeczkowaniem nie pozwoliły zburzyć mojego przekonania że wszystko zrobiłam dla niego.
Cały ten rok był piękny. Synek odmienił mocno Nasze życie. Pozwolił złączyć naszą czwórkę jeszcze silniejszym uczuciem niż dotychczas. Spowodował, że kochamy siebie nawzajem jeszcze mocniej a ten ruchomy grunt który był między mną a moją drugą połówką został nieodwracalnie wzmocniony.
Nie był też to lekki rok bo i przeszliśmy zapalenie oskrzeli, ząbkowanie, mniejsze lub większe przeziębienia, siniaki i guzy, pogryzione moje brodawki, nieprzespane noce i myślę że znalazłoby się coś jeszcze. Ale czy żałuje? Nie!
Cała Nasza trójka mocno dopingowała Igorka w nowych osiągnięciach. Nawet jego o 4 lata starsza siostra tak samo jak my, jak ja cieszy się z nowych umiejętności brata. To ona znalazła pierwszy ząbek i to ona słodzi swojemu młodszemu braciszkowi. To ona płakała gdy wtedy w szpitalu okazało się że bez dzidzi jeszcze nie wraca do domu. Ona myślała że po nas przyjechała a tu się okazało że mamusia z braciszkiem jeszcze musi zostać.....płacz i lament.....pamiętam jakby to było wczoraj.....wciąż do oczu napływają mi łzy wzruszenia na jej reakcję i krzywdę jaką w jej mniemaniu był powrót do domu bez dzidzi. Wtedy w szpitalu po raz pierwszy połączyła ich ta silna więź.....myślę że będą dla siebie wspaniałym rodzeństwem, że będą się wspierać.
Synku Wszystkiego Najlepszego w dniu którym kończysz okrągły roczek! 13 styczeń w żadnym wypadku nie jest pechowym dniem a wręcz to szczęśliwa liczba. Szczęściem jesteś TY!! <3
Taki dziś sentymentalny post ;). Ja laptopa już mam ale wciąż z linuxem przez co jestem ograniczona. Może znajdę w końcu odrobinę czasu by zrobić system. Tym czasem jednak musze korzystać z tego co mam :)
Cały ten rok był piękny. Synek odmienił mocno Nasze życie. Pozwolił złączyć naszą czwórkę jeszcze silniejszym uczuciem niż dotychczas. Spowodował, że kochamy siebie nawzajem jeszcze mocniej a ten ruchomy grunt który był między mną a moją drugą połówką został nieodwracalnie wzmocniony.
Nie był też to lekki rok bo i przeszliśmy zapalenie oskrzeli, ząbkowanie, mniejsze lub większe przeziębienia, siniaki i guzy, pogryzione moje brodawki, nieprzespane noce i myślę że znalazłoby się coś jeszcze. Ale czy żałuje? Nie!
Cała Nasza trójka mocno dopingowała Igorka w nowych osiągnięciach. Nawet jego o 4 lata starsza siostra tak samo jak my, jak ja cieszy się z nowych umiejętności brata. To ona znalazła pierwszy ząbek i to ona słodzi swojemu młodszemu braciszkowi. To ona płakała gdy wtedy w szpitalu okazało się że bez dzidzi jeszcze nie wraca do domu. Ona myślała że po nas przyjechała a tu się okazało że mamusia z braciszkiem jeszcze musi zostać.....płacz i lament.....pamiętam jakby to było wczoraj.....wciąż do oczu napływają mi łzy wzruszenia na jej reakcję i krzywdę jaką w jej mniemaniu był powrót do domu bez dzidzi. Wtedy w szpitalu po raz pierwszy połączyła ich ta silna więź.....myślę że będą dla siebie wspaniałym rodzeństwem, że będą się wspierać.
Synku Wszystkiego Najlepszego w dniu którym kończysz okrągły roczek! 13 styczeń w żadnym wypadku nie jest pechowym dniem a wręcz to szczęśliwa liczba. Szczęściem jesteś TY!! <3
Taki dziś sentymentalny post ;). Ja laptopa już mam ale wciąż z linuxem przez co jestem ograniczona. Może znajdę w końcu odrobinę czasu by zrobić system. Tym czasem jednak musze korzystać z tego co mam :)
piątek, 19 grudnia 2014
Gorzkie żale- czyli jak zdobyć nagrodę za wszelką cenę.
Nie chciałam o tym pisać. Ba! Nawet chciałam to przemilczeć, nie zwracać na to uwagi.....ale się kurde nie da! No nie da się jak nic.....
A o czym mówię? O oszustwach w konkursach!
Byłam przy końcówce ciąży kiedy przypadkiem trafiłam na info o testach na Bangli. Akurat dawali coś co było jak znalazł do mojej właśnie kompletowanej wyprawki do szpitala. Powątpiewałam, ze mi się uda i że faktycznie coś dają.....ale pokusiłam się, żeby spróbować. Wiadomość o dostaniu się do testów otworzyła moje "klapki" na oczy które do tej pory były pozamykane! Dopiero wtedy zauważyłam że internet roi się od serwisów i portali na których rozdają różne rzeczy do testowania. Wpadłam w jakiś trans i zaczęłam się logować gdzie popadnie....niestety tylko Bangla mnie doceniała bo następne testy były w marcu ;) do których również się dostałam. Po drugiej akcji z testowaniem zaczęłam mieć kontakt z mamusiami które poza zgłaszaniem się do testów również zgłaszają się do konkursów. I znowu powątpiewałam w szczęście i to że faktycznie można coś wygrać ale z ciekawości poszerzyłam swój horyzont. Wtedy też postanowiłam założyć bloga. W konkursach z początku brałam udział niepewnie i z dystansem ale jak zauważyłam że faktycznie wysiłek potrafi być nagrodzony dałam się temu porwać. No ale nie bedę tu pisać o mojej biografii ;)
Do czego zmierzam? Otóż siedząc już w tym kilka miesięcy zauważyłam że nie każdy gra fer. Nie każdy tzn. nie każda mamuśka bo w takowych z reguły konkursach biorę udział (czyt. dla mamusiek). Co mam na mysli mówiąc nie fer? A no zgłaszanie się z kilku kont, w tym z konta męża tłumacząc się że mąż zgłaszał się sam (a potem też mąż pisze "chciałabym") ....takie osoby też z reguły wygrywają nawet podwójne nagrody! Czy to jest fer?? Owszem czasami w regulaminie niema takowej wzmianki że tak nie można no ale czy kurcze można i czy to jest fer? Często takie osoby mają patent na to jak wygrać i co napisać żeby ich wypowiedź urzekła jury. I takie wypowiedzi piszą właśnie z tych dwóch kont i zgarniają dwie nagrody a taki przeciętny Kowalski (nazwisko przypadkowe) nie wygrywa nic chodź jego praca włożona w zgłoszenie się do konkursu wycisnęła z niego siódme poty. I tamta osoba dla jednego dziecka ma dwie nagrody a Kowalski niema żadnej. I nie chodzi tu o zazdrość....nie o nie! Umiem przegrywać i gdybym miała się tak przejmować każdą przegraną to bym w jakąś depresję popadła. Tu chodzi o to co zaobserwowałam i to nie tylko w konkursach w których biorę udział ale też w innych....Czy mam na myśli konkretną osobę? Być może....ale nie muszę się natrudzić by zobaczyć co wyprawia bo sama rzuca się w oczy. Czy to się nazywa już pazerność??
Co chce zdziałać pisząc ten post? Właściwie wylać swoje gorzkie żale, że to jest "be" i tak się robić nie powinno ale też żeby napisać LUDZIE OPAMIĘTAJCIE SIĘ!! Kurde można powalczyć o coś bo fajnie jak mogę to dostać za darmo i nie muszę kupować ale nie po trupach do celu i walka za wszelką cenę! Toć to już jest chore.....i jak wspomniałam wyżej "pazerne". W tym branie tego co mi się nie przyda lub branie wszystkiego co dają.
Niestety z przykrością informuje że nawet upominanie publicznie takich osób, że tak się nie robi wiąże się z krytyką w Twoim kierunku pod tytułem "no tak bo niektórzy nie umieją przegrywać"....szkoda tylko że w tym konkursie nie brałam udziału.
Czy wam też się zdarzyło zaobserwować takie zachowanie??
A tak poza tematem na blogsferze w tym miesiącu elektryczna Niania. Ktoś chętny do testów? :D
Ja tak więc zaraz idę się zgłaszać! A może i wy chcecie przetestować? To szybko się rejestrować ;)
A o czym mówię? O oszustwach w konkursach!
Byłam przy końcówce ciąży kiedy przypadkiem trafiłam na info o testach na Bangli. Akurat dawali coś co było jak znalazł do mojej właśnie kompletowanej wyprawki do szpitala. Powątpiewałam, ze mi się uda i że faktycznie coś dają.....ale pokusiłam się, żeby spróbować. Wiadomość o dostaniu się do testów otworzyła moje "klapki" na oczy które do tej pory były pozamykane! Dopiero wtedy zauważyłam że internet roi się od serwisów i portali na których rozdają różne rzeczy do testowania. Wpadłam w jakiś trans i zaczęłam się logować gdzie popadnie....niestety tylko Bangla mnie doceniała bo następne testy były w marcu ;) do których również się dostałam. Po drugiej akcji z testowaniem zaczęłam mieć kontakt z mamusiami które poza zgłaszaniem się do testów również zgłaszają się do konkursów. I znowu powątpiewałam w szczęście i to że faktycznie można coś wygrać ale z ciekawości poszerzyłam swój horyzont. Wtedy też postanowiłam założyć bloga. W konkursach z początku brałam udział niepewnie i z dystansem ale jak zauważyłam że faktycznie wysiłek potrafi być nagrodzony dałam się temu porwać. No ale nie bedę tu pisać o mojej biografii ;)
Do czego zmierzam? Otóż siedząc już w tym kilka miesięcy zauważyłam że nie każdy gra fer. Nie każdy tzn. nie każda mamuśka bo w takowych z reguły konkursach biorę udział (czyt. dla mamusiek). Co mam na mysli mówiąc nie fer? A no zgłaszanie się z kilku kont, w tym z konta męża tłumacząc się że mąż zgłaszał się sam (a potem też mąż pisze "chciałabym") ....takie osoby też z reguły wygrywają nawet podwójne nagrody! Czy to jest fer?? Owszem czasami w regulaminie niema takowej wzmianki że tak nie można no ale czy kurcze można i czy to jest fer? Często takie osoby mają patent na to jak wygrać i co napisać żeby ich wypowiedź urzekła jury. I takie wypowiedzi piszą właśnie z tych dwóch kont i zgarniają dwie nagrody a taki przeciętny Kowalski (nazwisko przypadkowe) nie wygrywa nic chodź jego praca włożona w zgłoszenie się do konkursu wycisnęła z niego siódme poty. I tamta osoba dla jednego dziecka ma dwie nagrody a Kowalski niema żadnej. I nie chodzi tu o zazdrość....nie o nie! Umiem przegrywać i gdybym miała się tak przejmować każdą przegraną to bym w jakąś depresję popadła. Tu chodzi o to co zaobserwowałam i to nie tylko w konkursach w których biorę udział ale też w innych....Czy mam na myśli konkretną osobę? Być może....ale nie muszę się natrudzić by zobaczyć co wyprawia bo sama rzuca się w oczy. Czy to się nazywa już pazerność??
Co chce zdziałać pisząc ten post? Właściwie wylać swoje gorzkie żale, że to jest "be" i tak się robić nie powinno ale też żeby napisać LUDZIE OPAMIĘTAJCIE SIĘ!! Kurde można powalczyć o coś bo fajnie jak mogę to dostać za darmo i nie muszę kupować ale nie po trupach do celu i walka za wszelką cenę! Toć to już jest chore.....i jak wspomniałam wyżej "pazerne". W tym branie tego co mi się nie przyda lub branie wszystkiego co dają.
Niestety z przykrością informuje że nawet upominanie publicznie takich osób, że tak się nie robi wiąże się z krytyką w Twoim kierunku pod tytułem "no tak bo niektórzy nie umieją przegrywać"....szkoda tylko że w tym konkursie nie brałam udziału.
Czy wam też się zdarzyło zaobserwować takie zachowanie??
A tak poza tematem na blogsferze w tym miesiącu elektryczna Niania. Ktoś chętny do testów? :D
Ja tak więc zaraz idę się zgłaszać! A może i wy chcecie przetestować? To szybko się rejestrować ;)
niedziela, 23 listopada 2014
Mikołajkowy Gift!!!!
Stała się rzecz niesłychana!
Wczoraj odezwały się do mnie dwie Panie Mikołajowe, które chcą Wam zrobić niespodziankę, a mianowicie obdarować skromnymi upominkami.
Święta, czas refleksji i dobrych uczynków się zbliża i chciały coś dobrego dla Was kochane czytelniczki uczynić (no i czytelnicy oczywiście, chętni zdobyć prezenty dla swoich żon/kobiet ;) )
To zmotywowało mnie by skompletować jeszcze jeden zestaw i zaprosić Was do zabawy
Tym o to sposobem organizuję kolejny konkurs w którym do zgarnięcia jest:
ZESTAW NR 1
W skład którego wchodzi:
*2x smoczek firmy NUK (0-6m)
*śliniaczek enfamil
*próbka wkładek laktacyjnych antybakteryjnych firmy Chicco
*próbka- szampon&żel Dzidziuś
*próbka- nawilżający balsam do ciała firmy Palmer's
*maść pośladkowa przeciw odparzeniom Ziajka (od 1 dnia życia)
*2x smoczek firmy NUK (0-6m)
*śliniaczek enfamil
*próbka wkładek laktacyjnych antybakteryjnych firmy Chicco
*próbka- szampon&żel Dzidziuś
*próbka- nawilżający balsam do ciała firmy Palmer's
*maść pośladkowa przeciw odparzeniom Ziajka (od 1 dnia życia)
ZESTAW NR 2
W skład którego wchodzi:
*chusta do karmienia firmy AVENT
*śliniaczek Bobobaby
*butelka aktywne ssanie 330ml firmy LOVI
*chusta do karmienia firmy AVENT
*śliniaczek Bobobaby
*butelka aktywne ssanie 330ml firmy LOVI
ZESTAW NR 3
Zestaw kosmetyków Eveline z serii Diamonds & 24k Gold w skład którego wchodzi:
*esencja młodości- serum na twarz i szyję 5 w 1
*mleczko miceralne do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1
*odmładzający krem + serum pod oczy
*próbka- diamentowy peeling enzymatyczny 3 w 1
(wszystkie produkty są w 100% nowe!)
*esencja młodości- serum na twarz i szyję 5 w 1
*mleczko miceralne do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1
*odmładzający krem + serum pod oczy
*próbka- diamentowy peeling enzymatyczny 3 w 1
(wszystkie produkty są w 100% nowe!)
Co trzeba zrobić aby móc wygrać taki zestaw??(warunki konieczne!!):
-polubić i udostępnić plakat konkursowy (tutaj)
-odpowiedzieć na pytanie pod plakatem na FANPAGE "Jaki jest Twój wymarzony niezwykły prezent Mikołajkowy" (dajcie się ponieść wyobraźni i zaskoczcie Nas; prezenty mogą być na prawdę wymyślne niekoniecznie realne)
- w tym samym poście pod odpowiedzią na pytanie konkursowe napisać który zestaw wybieracie: zestaw nr 1, 2 czy 3
-oraz zaprosić przynajmniej dwie osoby do zabawy wywołując je w komentarzu
Dodatkowo:
-jeżeli ilość polubień na FANPAGE przekroczy 100 fanów a liczba publicznych obserwatorów na blogu 50 dorzucam jeszcze zestaw 4! Więc zachęcam bo warto! ;)
Konkurs trwa od dzisiaj (23.11.14) do 04.12.14.
Nagrodzone zostaną te trzy osoby (w przypadku spełnienia warunku dodatkowego zostanie wyłoniona również czwarta osoba) których "wymarzony prezent" spodoba mi się najbardziej.
Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga czyli ja- cerien
2. Sponsorem nagród jestem ja oraz Panie Mikołajowe.
3. Konkurs trwa od 23.11 do 4.12 do północy. Zgłoszenia dodane po tym czasie nie będą brane pod uwagę.
4. Warunkiem koniecznym do udziału w konkursie jest polubienie FANPAGE bloga, polubienie plakatu konkursowego i udostępnienie go na swojej tablicy, zamieszczenie pod plakatem odpowiedzi na pytanie konkursowe wraz z numerem wybranego zestawu oraz wywołaniem conajmniej dwóch osób do zabawy .
5.Do konkursu można zgłosić się tylko raz! Niedopuszczalne jest startowanie z wielu kont!
6. W konkursie do wygrania są trzy zestawy.
7. W przypadku spełnienia warunku dodatkowego polegającego na polubieniu FANPAGE przez conajmniej 100 fanów oraz liczba publicznych obserwatorów bloga przekroczy 50 osób, organizator konkursu dopuszcza wprowadzenie czwartego zestawu.
8.Wybór zwycięzcy należy do mnie autorki bloga i jest ostateczny, niepodważalny.
9. Wyniki pojawią się na blogu 6.12 a zwycięzcy zostaną poproszeni o
przesłanie danych adresowych niezbędnych do wysyłki nagród w ciągu
kolejnych 3 dni. W przypadku nie zgłoszenia się w wyznaczonym terminie
wybieram kolejnego zwycięzcę.
10. Konkurs nie jest konkursem w rozumieniu ustawy o grach hazardowych.
11. Nagrody są wysyłane jedynie na terenie Polski.
Tak więc do dzieła!! I miłej zabawy :)))
piątek, 14 listopada 2014
LOVI-nkowa nagroda, znowu zmiana w wynikach konkursu i......niespodzianka :D!
Przybywam dziś wieczorną porą tak jak wczoraj obiecałam ;).
Zacznę od tego co wczoraj przybyło do mnie kurierem......a właściwie nie do mnie tylko do Igora, a jesteście ciekawi co???
Ta dam!!!!
Nowe produkty z kolekcji Retro podarowane nam za aktywność na forum w październiku :D! (właściwie to zostałam wyróżniona i dla Nas był tylko kubeczek ale smocie zostały nam odstąpione dzięki hojności pewnej dobrej duszyczki :*)
Oczywiście Igor zaraz zabrał się za testy ....hmmm....smaku :D jak to ostatnimi czasy bywa w jego zwyczaju ;)
Niestety kubeczek musi jeszcze trochę poczekać bo młody za chiny ludowe nie chce zrozumieć na czym to polega i gdy tylko mama podstawia coś pod nos to otwiera szeroko buziola i czeka....i czeka....i zrezygnowany traci zaineresowanie...i nie wiem jak mu wytłumaczyć że ma się przyssać :P. Smoczki oczywiście już poszły w ruch i zastąpiły te które wypadało już wymienić ;). Cała kolekcja jest po prostu cudowna (i pasuje młodemu do koloru oczu hahahaha- taki żarcik :P).
O smoczkach pisałam już tutaj więc nie będę się powtarzać jak bardzo ogólnie jestem zadowolona z ich jakości ale z pewnością jeżeli kubeczek 360 pójdzie w ruch to pochwalę się Wam moją opinią na ich temat.
No a teraz niespodzianka!
Chodź może niektórzy już zauważyli......tak, tak....tam po prawej stronie, w takiej ramce. Nie tu.....trochę wyżęj......O dokładnie tu! Mój FANPAGE!! Mój, Wasz, Nasz......zdecydowałam się i przyczyniło się do tego też kilka osób właśnie tu z bloga :). Dziękuje! :* I mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać i razem ze mną tworzyć wspaniałe grono mam, koleżanek, blogerek, czy też zwykłych użytkowników. To jest dla mnie, dla Was i dla Nas. Do tego wszystkiego 14 polubień od samego rana.....strasznie to motywujące :)...dziękuje. No ale nie będę już tu słodzić i.......
Na sam koniec chcę Was poinformować, że po raz drugi jestem zmuszona zmienić wyniki konkursu. Również dalej nikt nie zgłosił się po odbiór jednego z trzech zestawów butelek (a kurcze myślałam że takie piękne buteleczki to każdy by chciał :( ). Z racji tego, że goni mnie termin zgłaszania zwycięzców i że dwie osoby pomimo nagrodzenia za kreatywność się nie zgłosiły postanowiłam nieco odstąpić od reguły. Chcę nagrodzić osobę która może i nie napisała jakiegoś tam wierszyka czy opowiadania ale wciąż tu jest pomimo iż już dawno po wynikach i która dalej udziela się chodź ją o to nie prosiłam.
Pozdrawiam i życzę miłej nocy :)
Zacznę od tego co wczoraj przybyło do mnie kurierem......a właściwie nie do mnie tylko do Igora, a jesteście ciekawi co???
Ta dam!!!!
Nowe produkty z kolekcji Retro podarowane nam za aktywność na forum w październiku :D! (właściwie to zostałam wyróżniona i dla Nas był tylko kubeczek ale smocie zostały nam odstąpione dzięki hojności pewnej dobrej duszyczki :*)
Oczywiście Igor zaraz zabrał się za testy ....hmmm....smaku :D jak to ostatnimi czasy bywa w jego zwyczaju ;)
Niestety kubeczek musi jeszcze trochę poczekać bo młody za chiny ludowe nie chce zrozumieć na czym to polega i gdy tylko mama podstawia coś pod nos to otwiera szeroko buziola i czeka....i czeka....i zrezygnowany traci zaineresowanie...i nie wiem jak mu wytłumaczyć że ma się przyssać :P. Smoczki oczywiście już poszły w ruch i zastąpiły te które wypadało już wymienić ;). Cała kolekcja jest po prostu cudowna (i pasuje młodemu do koloru oczu hahahaha- taki żarcik :P).
O smoczkach pisałam już tutaj więc nie będę się powtarzać jak bardzo ogólnie jestem zadowolona z ich jakości ale z pewnością jeżeli kubeczek 360 pójdzie w ruch to pochwalę się Wam moją opinią na ich temat.
No a teraz niespodzianka!
Chodź może niektórzy już zauważyli......tak, tak....tam po prawej stronie, w takiej ramce. Nie tu.....trochę wyżęj......O dokładnie tu! Mój FANPAGE!! Mój, Wasz, Nasz......zdecydowałam się i przyczyniło się do tego też kilka osób właśnie tu z bloga :). Dziękuje! :* I mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać i razem ze mną tworzyć wspaniałe grono mam, koleżanek, blogerek, czy też zwykłych użytkowników. To jest dla mnie, dla Was i dla Nas. Do tego wszystkiego 14 polubień od samego rana.....strasznie to motywujące :)...dziękuje. No ale nie będę już tu słodzić i.......
Na sam koniec chcę Was poinformować, że po raz drugi jestem zmuszona zmienić wyniki konkursu. Również dalej nikt nie zgłosił się po odbiór jednego z trzech zestawów butelek (a kurcze myślałam że takie piękne buteleczki to każdy by chciał :( ). Z racji tego, że goni mnie termin zgłaszania zwycięzców i że dwie osoby pomimo nagrodzenia za kreatywność się nie zgłosiły postanowiłam nieco odstąpić od reguły. Chcę nagrodzić osobę która może i nie napisała jakiegoś tam wierszyka czy opowiadania ale wciąż tu jest pomimo iż już dawno po wynikach i która dalej udziela się chodź ją o to nie prosiłam.
CAT GIRL
Bardzo proszę Cię o przesłanie mi adresu do wysyłki wraz z numerem telefonu na meila ewcia.cerien@gmail.com i z całego serca gratuluję! :) Pozdrawiam i życzę miłej nocy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














